No to dokąd?

Wsiadoj, zapinoj pasy i jazdzim. A po drodze parę ciekawych rzeczy ci opowiem. Trafił ci się kierowca który co prawda zdał prawko za czwartym razem w Łomży, ale za to zaczaruje cię opowieściami niczym krzyżówka Szecherezady z Wieniczką Jerofiejewem (z subtelną nutą Jolasi z Kiepskich). 

WordPress z którym najchętniej podjęłabym gejowski konkubinat za to jak pięknie i prosto się tu można publikować, podpowiada w pierwszym poście:

Good company in a journey makes the way seem shorter. — Izaak Walton

No cóż. U nas krócej nie będzie. W moim towarzystwie pewnie nie raz będzie wkurwiająco, niezręcznie, żenująco, dziwnie, śmiesznie, straszno, nudno, pięknie – ale jest w tym cel. I to jest w naszym interesie, moim i twoim zacny Pasażerze. 

Po co mi ten blog, ta przestrzeń, ten moment? Żeby jakoś usprawiedliwić własne istnienie? Tak pomyślałabym kiedyś. Bo z tym całym istnieniem miałam zawsze ogromne problemy które w młodości chmurnej i durnej skutkowały barwnymi konsekwencjami. Dolegał mi epicki Weltschmerz. Życie mi dolegało. A raczej chęć zniszczenia siebie w najbardziej perwersyjny i wymyślny ze sposobów. Takie egzystencjalne pisiont twarzy Greja dla ubogich. Ratowałam się jak mogłam Porzeczką na Spirytusie, miłością, Pidżamą Porno i Musierowicz. Nic nie pomagało.

Taka piękna katastrofa nie mogła jednak trwać – mój pierwszy Syn urodził się kiedy miałam 20 lat. Musiałam się ogarnąć, i to w trybie natychmiastowym. Tak też uczyniłam. Pracowałam, studiowałam, piekłam ciasteczka, śpiewałam piosenki o misiach. Mój mąż zginął trzy lata później. Wiec musiałam dla Kuby uczynić Nasze Życie tak pięknym, pełnym sensu i radosnym jak tylko potrafię i nie potrafię więc się nauczę. Zaczęłam się Budzić, znajdując mnóstwo drobnych inspiracji po drodze. Codziennych, zwyczajnych cudów. I tym chcę podzielić. Z nadzieją że może komuś z was to pomoże. Znajdzie jakąś małą pocieszkę. Będzie czuł się przez chwilę trochę mniej samotny i przerażony. Bo ja też tam byłam. I skoro ja dałam radę się wyciągnąć z tego self-made Rocky Horror Picture Show, każdy może. Tylko i aż tyle.

Disclaimer: nie mam żadnych odpowiedzi. Jest mnóstwo ludzi którzy na tej fantastycznej drodze ku autentyczności i świadomemu, odpowiedzialnemu życiu są znacznie dalej. Są ekologicznie, duchowo, psychologicznie, lajfstajlowo, modowo bardziej zaawansowani, świadomi, pewni, konsekwentni. Podziwiam ich i czerpię inspirację, chciałabym jechać na niebiańskim pyle samospełnienia ku nirvanie jak i oni. Zamiast tego podróżuję głownie pieszo albo komunikacją publiczną, czasem rozklekotanym peżotem kombi (model seledynowy) w takt „Smells like teen spirit” i to w wersji Tori Amos. Po drodze wspaniałe zachody słońca i Dolly Parton, czakry i fizyka kwantowa, „Gypsy Sisters” i Sołżenicyn. I do takiej podróży zapraszam. Wsiadaj, zapinaj pasy, rozpakuj kanapki i browara, cokolwiek chcesz. Będzie mi miło chociaż część tej Drogi spędzić w twoim towarzystwie.

Z piskiem opon – Rrrrruszamy! 😀

Dodaj komentarz