Pociągnęło mnie niedawno w stronę Dolly Parton – którą uwielbiam od czasu „Stalowych Magnolii” i czczę za „Jolene”. Dziarska, piękna, słodka, przedsiębiorcza, niemożliwie silna, z dupą ze stali i sercem ze złota. Taka southern belle w wersji wiejski pinup. Dziewczyna z 11 rodzeństwa wychowana w zapadłej chacince farmerów w Tennessee. Od 1966 roku w amerykańskim i światowym show-businessie, która w tej dżungli 54 lata nie tylko przetrwała ale i rozkwitła miliony razy, a za sam rok 2020 zarobiła 40 milionów dolców .
Ale nie to najważniejsze. Najbardziej mnie porywa jej podejście do życia. Jej ścieżka nie była usłana różami (bo inaczej nie trafiłaby do szpitala z przeżarcia pewnego smutnego razu w latach 80), ale to jej jakoś nie przeszkadzało Żyć przez wielkie Ży. Była duma z siebie i wszystkiego co ją stworzyło, optymistyczna, pełna wigoru, pomysłów i światła. Nieco z tego w cytatach:
I just depend on a lot of prayer and meditation. I believe that without God I am nobody, but that with God, I can do anything.
Interview with Roger Ebert, 7 December, 1980[1]

I think that if I am smart in business, it’s just that I’m smart about who I am. I know what I can, can’t, will and won’t do, and if I have to be strict about that, I will.
Dolly Parton interview with Rolling Stone magazine, October 30, 2003[2]

It takes a lot of money to look this cheap.
Dolly Parton interview with Vanity Fair magazine, November 2012[3]

Aby więc nieco ufetować Boginię Country i Small Towns, urządziłam Dzień Dolly, który uświetniły o 6:30 wywiad z Oprah z kiedy przygotowywałam dzieciakom śniadania i obiady na wynos, o 10:00 Co lepsze momenty z „Dumpling” który oglądałam niedawno, i tańce do Jolene kiedy wstawiałam pranie, o 13:00 poszukiwania jakiegoś wartościowego dokumentu na wszystkich portalach VOD za które sporo płacę (nie piratuję i się tym szczycę), tylko po to żeby się dowiedzieć że Netflix dopiero planuje wypuścić Heartstrings . Skończyłam ze słabiutkim dokumentem przekrojowym „Dolly Parton: the Queen of country” którego nie polecam, bo za żadne kowbojki nie prowadzi do zrozumienia jej fenomenu. I o 17 kwerenda źródłowa czyli przegląd materiałów poglądowych – ta książka z wywiadami którą koniecznie muszę dostać („Dolly on Dolly”) i ultimate life guide „What would Dolly do?”, poszukiwania fajnych filmów z nią – a że filmografię ma zaiste imponującą będzie co podkładać pod sprzątanko. Koniecznie muszę zacząć od „Coat of many colours” mimo że to klasyczny telewizyjny shit dla pań. Dla antropologa każdy materiał audiowizualny ma wartość 😉
Dolly to country – cały osobny świat, który dzięki niej wlazł do mainstreamu. Dzięki temu przeżywałam upojnie chwile z radiami country online podczas moich winno-researchowo-pisarskich wieczorków kiedy jeszcze dziecko miałam jedno i na wakacjach u dziadków. Dolly to też część Dixie – mitycznej krainy z werandami, wielkimi rodzinami, domami z kolumnami i polatującym tu i ówdzie jeszcze Ku Klux Clanem.
Moja konstrukcja Południa bazuje na „Przeminęło z wiatrem”, „Thelmie i Louise”, twórczości Taylor Swift, „Stalowych Magnoliach”, „Detektywie”, „Forreście Gumpie”, „Notebooku”, „Służących” i relacjach Cejrowskiego zachwyconego że w kolejnym zakątku świata znalazł swoich (podziwiam niesamowicie, szanuję choć się nie zgadzam). Południe to broń dla wszystkich zainteresowanych, a szczególnie tych którym powinno się odebrać licencję nawet na procę, widmo niewolniczych plantacji bawełny, konserwatyzm, Biblia i rasizm, ale też blues, idyllyczny Southern Living, rodzinne wartości, stare pieniądze, patriotyzm i autentyczna duma z bycia Amerykaninem, cokolwiek to dziś znaczy.
A ja nawet jako emerytowana amerykanistka nie wiem. Tyle składowch i kontrastów, moich ukochanych amerykańskich paradoksów jakie zbierałam podczas kilku podróży. Obsesja piękna w Holly wood która skutkuje przeraźliwie smutnymi botoksami (vide Dolly czy Demi Moore…) i największy odsetek chorobliwie otyłych ludzi. Ale i absolutnia wolność wyglądania jak komu się żywnie podoba i robienia co się komu żywnie podoba. Kraj wolności, freedom and liberty for all, zbudowany na zniewoleniu, ludobójstwie Indian, rasizmie i dyskryminacji – która trwa! Kraj w którym psychicznie chorzy ludzie i narkomani są poza systemem, żyją na ulicy jedną przecznicę od finansowego centrum L.A. I każdy ma dostęp do broni. Kraj w którym naprawdę możesz zostać kim chcesz, bez względu na to skąd jesteś. Bo tam nie ważne skąd przyszedłeś, ważne dokąd idziesz i w jakich butach.
Kiedy dziewczyny trochę podrosną, zrobimy sobie blond tapir, założymy kowbojki i falbany i będziemy się uczyć line dancing. Wtedy na wizytę w DollyWood i kowbojskie pląsy w jakiejś uroczej a zapadłej spelunce w Tenessee (pozycja nr 7 na mojej bucket list) będą gotowe i nie będzie trzeba nerwowo uczyć je kroków w samolocie czy moteliku z zapleśniałą klimatyzacją tuż przed tym epokowym Wydarzeniem.
Hm…. Drobna refleksja – czy chcę za jeden wzorów kobiecości i podejścia do życia stawiać im wytapirowaną cycatą królową drag queens? I betcha, Honey! 😉