Orzeł w koronie

Jak wszystkie Polskie rodziny, dostajemy już nieco koronapierdolca. Ale tylko nieco.

Jest już nawet zakaz wstępu do lasu (ostatni bastion mego psychicznego dobrostanu, kontakt z przyrodą potrzebny mi bardziej niż kiedykolwiek…), do sklepu wchodzi nie więcej niż 3 osoby na kasę, nie ma szkoły, nie ma zajęć, pozamykane wszystkie możliwe punkty usługowe prócz sklepów i poczty, a co jest w szpitalach wolę sobie nawet nie wyobrażać. Strasznie współczuję matkom które urodziły maluszki wymagające opieki szpitalnej – bo nie mogą z nimi być. A to wiem jak boli. Ślę im więc moc pozytywnej energii, modlitwy, najlepsze życzenia…. Szkoda mi wszystkich chorych, samotnych, zrozpaczonych, szkoda mi ludzi cierpiących i tych którzy tracą nadzieję. Ślę im wiec moc pozytywnej energii, modlitwy, najlepsze życzenia…. Trzymajcie się ludziki, wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. Na pewno.

Ale póki co mamy Teraz, i Teraz też wszystko jest dobrze. Codzienność w czasach zarazy jest dla naszej rodzinki domatorów i wielbicieli zakładania w wytartych na dupie dresach ogródka warzywnego na balkonie, maratonów filmowych i gotowania z youtubem de facto nieco tylko ograniczona. Nieco okrojona z dekoracji i rytuałów, ale całkiem znośna, z licznymi bonusami o których piszą niezrównani MLH: a dla setek milionów innych ludzi jest prawdziwą katastrofą. Marzenia, dorobek życia, plany, podróże, wszystko zmiażdżone, zatrzymane, zawieszone na boskim gwoździu.

Co można zrobić w takiej sytuacji? Modlić się, dbać o siebie i najbliższych, nie tracić wiary, zaufania i nadziei. Nie dać się nadciągającej Buce, marazmowi, panice, zwątpieniu. Cieszyć z tego że fasola rośnie jak dzika, że możemy być razem, pisać do przyjaciół, gotować, gadać, jeść rodzinne kolacje, walić maraton filmowy za maratonem, kontemplować nasze sosny z balkonu, pić za zdrowie wszystkich którzy tego potrzebują, cieszyć się każdą chwilą razem. Dopóki jeszcze możemy, bo rzeczywistość zaczyna przerastać wszystko co byliśmy sobie w stanie wyobrazić. W najdzikszych fantazjach. W najdziwniejszych snach i najbardziej perwersyjnych życzeniach, by Bóg zatrzymał na chwilę świat bo my, kuśwa, wysiadamy.

No i zatrzymał. To ma głębszy wymiar, to jest komunikat, to jest lekcja wiary, zaufania, jedności, rozsądku, refleksji. Jeżeli tylko chcemy się uczyć, wyjdziemy z tego naprawdę bogatsi, silniejsi, mądrzejsi jako gatunek i jako indywidua. Bo w swej odwiecznej mądrości, co zrobił Bo (aka Bóg ojciec)? Zobaczył że w złym kierunku to wszystko zmierza, i zamiast rekreacyjnie popalać trawkę, walimy w żyłę lewy koks za straszne pieniądze (żeby użyć metafory zatroskanego dzieckiem rodzica) i postanowił działać. A my w tych swoich narkotycznych halucynacjach (nie wiem czy po koksie są halucynacje bo nie mam doświadczenia, but I hope you catch my drift), uważamy się za legion nieustraszonych władców wszechświata panujących nad atomem i przyrodą jednocześnie, Mocarzy mających Odpowiedzi na Wszystko, od technik prawidłowego manikiuru po pełną rozkminę sensu egzystencji Focaulta. I słabo kojarzymy na tym haju fakty, bowiem eksploatacja naszej planety i gatunku pod względem ekologicznym, psychiczny, emocjonalnym idzie pełną parą, i to nie droga do władzy dla kilku, tylko highway to hell dla wszystkich.

I Bo w swojej mądrości tak z ubolewaniem popatrzył, podrapał się po brodzie (albo jajach albo cyckach, żeby nie wykluczyć żadnego systemu wierzeń) i prostu naszą cudowną zadufaną w sobie kawalerię, 7 miliardów jeźdźców apokalipsy zatrzymał w sekundkę. Jak? WYŁĄCZYŁ KARUZELĘ XD  

Photo by Elly Fairytale on Pexels.com

Ihahaha….

I poczucie humoru ten nasz staruszek ma, oj ma. Bowiem Bo załatwił nas wirusem, a głupszego organizmu chyba w biologii nie ma.

I kiedy już się dostatecznie pośmiejemy, trzeba się pozbierać i Zobaczyć, Usłyszeć, Zrozumieć, Zadziałać. Ten zatrzymany czas życia jest bramą do tylu nowych wymiarów… Jak pociesza Jonna:

“Sometimes good things have to fall apart, so that better things can come together”.

I druga rzecz – wydawałoby się że wszystkie porady dotyczące podejmowania Ryzyka, pójścia za wewnętrzną prawdą, podążania za Swoją Legendą, kierowania się sercem w wyborze życiowej ścieżki, rzucenia wszystkiego w pizdu i podróży do Butanu albo założenia agroturystyki w Bieszczadach, nagle przestały nieco przystawać do rzeczywistości. Z ekranu co i rusz walą wstrząsające historie płaczących właścicieli small biznesów, że dorobek życia im przepadł i to koniec, koniec, koniec, trzeba sprzedać kozę i zatrudnić w ZUSie bo złego diabli nie biorą.

Ale zaraz zaraz… Że będzie ciężko to wiadomo, ale czy aż tak?

Przestój i kryzys jest maksymalnie na kilka miesięcy, a to każdy biznes powinien mieć wkalkulowane i wpisane w biznes plan. Dwa, nie żyjemy w Gabonie tylko w Polsce i jeśli nie nasz rząd próbujący zaciągnąć wszystkich do urn podczas majowych wyborów prezydenckich (pun intended), to Unia dopomoże. Trzy, zawsze się można przebranżować. Wydaje mi się że nawet w sektorze prywatnym wyjść jest o wiele więcej niż byśmy chcieli zauważyć. I tak, mówię to jako pieszczoszek sektora państwowego – który nigdy w życiu nie dorobi się fortuny przedsiębiorcy. Coś za coś.

Także sunsum corda. Będzie dobrze. Każdy kryzys to nie koniec świata, a sytuacja w której stare rozwiązania po prostu przestają wystarczać. Trzeba więc znaleźć nowe.

Najwyższy czas!

Dodaj komentarz