Mam nowy rytuał na zakończenie tygodnia. Przygotowuję pisarski warsztacik: żółty notes w vintage kwiatki, pióro, kilka kolorów, kuchenny organizer różnokolorowych stick notesów w kształtach od kwadrata po czajnik (jestem maniaczką planowania, notowania, przypominania w formie przyklejanych karteczek i organizerów, mam ich na ten moment jakieś 16 zestawów na wszelkie okazje, od planowania roboczego tygodnia po orgię). Siadam w małym pokoju ze zgaszonym światłem na stole przy parapecie – tak żeby dokładnie było widać panoramę okien w bloku naprzeciwko. Ktoś gotuje zupę, ktoś odkurza, ktoś ogląda telewizję, ktoś się kłóci, ktoś pisze, ktoś planuje potrójne morderstwo z premedytacją. Sprzedawczyni z mięsnego tańczy na papierosie na zapleczu, nie wie o mojej obecności w Jej Chwili. Obserwując ich jestem z nimi, bardzo blisko, intymnie.

Uwielbiałam to zawsze, od dzieciństwa. Zaglądać do domów przez okna, uspokojona że świat trwa, cywilizacja jeszcze się rozwija w tych garnkach, na kanapach i pod pierzynami. Że jesteśmy bezpieczni. Nie wiem, może to efekt dorastania w czasach PRL, z radziecką paranoją wojny nuklearnej wywołanej przez Zachód. Może to Czarnobyl który zawsze był gdzieś w tle, w plotkach, szeptach, rozmowach na spotkaniach towarzyskich zakrapianych koniaczkiem, z obowiązkową obecnością szarpanego kurczaka w galarecie podawanego w malutkich porcelanowych filiżankach w zielone kwiatki.
Szczególnie porywały mnie wieczorne dioramy blokowych czy akademikowych okien. Tyle rodzin, tylu ludzi, tyle spraw, dramatów, koszmarów, cudów, nudów, ekstaz, myśli, uczuć…. A wszystko w estetycznych i hermetycznych ramkach okien. Nie ważne co by się nie działo, ramka pozostawała niewzruszona. Przerażająco nieczuła, godna podziwu w swej stałości. Ludzie przychodzili i odchodzili, ja patrzyłam jak zaczarowana i pół godziny i godzinę czasem…
Najstraszniej było kiedy gasło światło.
Nie wiedziałam czy ktoś wyszedł do drugiego pokoju czy umarł, co z tą zupą nie wiedziałam, on bardzo ją uderzył czy się pogodzili, może się kotlety przypaliły. Nagle ogarniało mnie absolutne przerażenie.
A może oni po prostu zgasili światło, usadowili się na parapecie w otulającej jak kokon ciemności żeby popatrzeć na nas?