Odkąd pamiętam, goniłam Światło. To zawsze był i jest cel wszystkich moich podróży.
Marakesz, Toronto, Nowy Jork, Damaszek, Taipei, Ankara, Lwów, Tczew – nie tyle miejsce było ważne co te epickie momenty kiedy wydawało mi się że uchwyciłam je chociaż na chwilę.
Poszukiwałam światła w promieniach wschodów i moich ukochanych zachodów słońca. W migotaniu gwiazd – których my widzimy tylko pożółkłe fotografie z lat świetności (Andromeda – 2,5 mln lat świetlnych od ziemi). W wiecznym tańcu ognia. Refleksów schwytanych w kryształy na parapecie, wiszące w każdym naszym mieszkaniu szklane gwiazdki i brzegi kieliszków. Karmelki, lichtarze, wisiorki, flaszki, lustra, tafle jezior, fale oceanów, złote brzegi chmur, okulary Dziadziusia, kolorowe szklane kulki, brudne szyby. Nie byłam wybredna.
I dopiero niedawno zrozumiałam że światła należy szukać w sobie, że tylko tam ono jest wieczne, prawdziwe, żywe, niezniszczalne. Ten okruch boskości, dusza – to co Piękne, Prawdziwe, Jasne i Dobre.
I nieść to światło światu. W każdym najmniejszym prozaicznym momencie.
Ot i wszystko 🙂






























