Niedziela. Kokosisz się w lubości na kanapie, ostatni odcinek „Wikingów” syci oczko i serduszko, w historycznym zamyśleniu pakujesz do gąbki trzeci kawałek sernika, mąż zachwycony poleguje obok, dziatwa coś majstruje w podejrzanej cichości u siebie (pewnie znowu podpala moją suknię ślubną jak miesiąc temu)…. Idealne niedzielne popołudnie.
I nagle jedna smutna myśl, Boże, proszę, nie zabieraj mi tego, nie znowu…. i robi się bardzo ciemno, bardzo zimno, dusza odkrywa niezaleczoną ranę wielkości ZSRR i tęga hawkingowska czarna dziura wciąga w całe powiatowe światło, nadzieję, sens, przeszłość, przyszłość i ten piękny kanapowy moment po którym we mnie nie ma już ani śladu.
Jest za to wewnętrzny krzyk, totalne, egzystencjalne przerażenie i niemalże fizyczny ból.
Żeby tylko dzieci nie zauważyły… Żeby nie zrozumiały że taki koszmar jest w ogóle możliwy. Włączamy więc tymczasowo wytrenowaną opcję uśmiechnięty robocik i rozpadamy się prywatnie.
Zostajesz wtedy sama w tej ciemności, obdarta ze skóry i bez możliwości komunikacji ze światem, bo każde dobre słowo czy próba pocieszenia to dla ciebie w najlepszym wypadku zatruta strzała. Wydaje się że słońce nie wzejdzie już nigdy (a jeśli wzejdzie to nie dla ciebie, ty śmieciu). Wyciągasz ręce po pomoc, ale zaraz cofasz bo przecież to wstyd. Wstyd być takim niewdzięcznym, masz wszystko głupia ty, masz wspaniałe dzieci, fantastycznego męża, zdrowe pięć kończyn, ciepłą wodę w kranie, świetną robotę i wrażliwość dzięki której każdy dzień jest pełen zwyczajnych cudów. To teraz – to nie jest żadna trudność. Pradziadek C. w sercu Głodomoru miał trudno, Dziadziuś na niemieckich torturach miał trudno, Babcia tyrająca od rana do wieczora na polu w kołchozie miała trudno! A ci się kochana po prostu w dupie z dobrobytu poprzewracało.
Tak, to niestety znowu ten moment kiedy stajesz się gwiazdą w swoim prywatnym horrorze klasy D – „Chujowy horyzont zdarzeń”. Przy odbiorze Złotej Maliny za główną rolę kobiecą chciałabym podziękować swoim spieprzonym neuroprzekaźnikom serotoniny.
Kiedyś się poddałam i poszłam do bardzo przystojnego i cenionego speca od duszy. Stwierdził że normalna dziołcha jestem, ino z drobnymi epizodami depresyjno-lękowymi. Opcjonalnie choć niekoniecznie, mogę sobie nastrój podnieść jakimś drobnym antydepresantem – jednak szczerze przyznał że to chemiczna zabawa w ciuciubabkę na kilka lat i może być niekiedy jeszcze gorzej niż jest teraz w najczarniejszych chwilach. No to nie, ja to może postoję, dziurawiec sobie strzelę (działa!), jakąś terapię obfitą w gadkę i zaryzykuję trwały przykurcz nogi z szyją na jodze. Wiem że nie jestem tam gdzie leki to jedyne wyjście.
Moje ukochane, bliskie Dziewczyny mają dokładnie tak samo – i wiem że jest nas więcej.
Ale co najważniejsze, zawsze po dwóch, maksymalnie trzech dniach podnoszę się z tego gówna. Aktywnie. Z chłopsko-robotnicza pieśnią na ustach. Jak?
Bardzo pomaga zrozumienie że Opaczność nie jest taka wredna żeby mi znowu zabrać wszystko co kocham i w co wierzę, to raz. Nigdy nie chciała, tylko tak jakoś wyszło… I że nawet jeśli – to sobie poradzę, bo ZAWSZE sobie poradziłam, bo nie złamało mnie nic. Bo Frida i Pudzian.
Dla mnie cuda działają:
- Pisanie. Do upadłego.
- Sesja jogi z technikami oddechowymi rodem z nrdowskiego pornosu.
- Przypomnienie sobie że Cheryl też tak miała. I że w pewne lato zapakuję plecak (głównie plastrami) i też dojdę do wspaniałych wniosków.
- Przytulasy i „Kocham Cię mamo” od najwspanialszych dziewczynek na świecie.
- Samotny wyjazd – nawet na chwilę, nawet autobusem po zadupiach na pętlę i nazad.
- Gotowanie z moją uwielbianą Ree Drummond (ja odsmażam mrożonkę z tofu, ona przygotowuje na ekranie pięciodaniowy obiad ze stekiem w roli głównej – wychodzi nam razem sześciodaniowy).
- „To co wiem na pewno” Oprah.
- Pierwsza z brzegu Musierowicz.
- Mały browar, palone migdały i minimum trzy odcinki „Chłopaków do wzięcia” połączonych z ukraińską edycją „Zamiany żon”.
- Alternatywnie pięć odcinków „Wspaniałego stulecia”.
- Blondynka Mariolka która zawsze wychodzi ze wszystkiego ogromną ręką XD.
- Listy od przyjaciół.
- Narysowanie tego strachu w jak najbardziej karykaturalnej formie. Takie skrzyżowanie mopa z surykatką wychodzi zazwyczaj.
- Zachód słońca nad naszym lasem.
- Tracy Chapman.
- Maraton Świnki Peppy.
- Długi bieg gdzie tylko nogi poniosą.
- Maraton sensownej pracy.
- Buddyjskie zakupy w Lidlu (minimum godzina medytacji pod chłodziarką na dziale kiełków).
- Rozkoszny relaks nad basenem w mojej kalifornijskiej posiadłości z winnicami 😉
I przede wszystkim – przypomnienie sobie że tego co Najważniejsze i Najpiękniejsze – rodziny, miłości, sensu, wolności, prawdy, nie odbierze mi nikt. Nigdy. Że tego nie da się zniszczyć żadną ludzką ni nieludzką siłą. Nie dam. Nie pozwolę. Nie ma kuśwa mowy.
Bo mam Wybór. I Wybieram Światło.