Mam szczególny sentyment do staruszek, starowinek, babuszek żyjących samotnie bądź z kotem, psem, ew. małżonkiem na krańcu świata, w maleńkich wioseczkach, z dala od miast. To kobiety które w życiu są dobre jak mało kto, wirtuozki codzienności, rodziny, miłości. Mimo braku „przygotowania” do arcytrudnego zadania jakim jest Życie, edukacji, dostępu do rozkoszy i wygód cywilizacji, nie zapoznania się z ani jednym z tysiąca poradników i koncepcji wychowania, mimo chorób, przeciwności, burzliwych dziejów, one po prostu Istnieją, z mocą, sensem i niezłomną pogodą. Pracują, dbają o swój ogródek, dom i rodzinę, kochają najmocniej jak potrafią i nie poddają się nigdy.
Jest takiego w nich co mnie porywa nieziemsko, rozczula i wzbudza podziw. Może to jasne i proste wartości, niezawodny przepis na spokojne, dobre i godne życie bez względu na okoliczności. Organiczne wręcz przywiązanie do swojego domu, do ziemi, do swojego kawałka świata. Interfejs człowiek-otoczenie, idealna symbioza. Poza wsią niech się dzieje co chce, my dopóki mamy chatę, kawałek pola i siebie, zawsze damy sobie radę. To piękne. Prawdziwe. Proste. Utopijne? Nie. Osiągalne.
Zupełne mistrzostwo w dziele Życiowym osiągają babuszki z wioseczek w czarnobylskiej zonie wykluczenia. Dzięki świetnemu dokumentowi Holly Morris, „Babushkas of Chernobyl”, zyskały na krótko rozgłos. Film jest fantastyczny, zrobiony w wyczuciem i troską, wnikliwy i wzruszający. Ale i po amerykańsku konkretny, polecam.

Niestety, liczne nagrody nie przełożyły się na systematyczne i długotrwałe wsparcie dla tych kobiet – w obiektywnie wyjątkowo ciężkiej sytuacji. Co prawda rezyliencji Stockholm Resilience Center mógłby się od nich uczyć, ale i tak – wypadałoby.
Na szczęście nasze polskie chopaki, pasjonaci i godni podziwu społecznicy którzy organizują eksploracje zony, Napromieniowani pod wodzą Krystiana Machnika, trzymają rękę na pulsie. Podczas każdej wyprawy odwiedzają wszystkich samosiełów którzy tam zostali, pomagają w domu i obejściu, przywożą ubrania, jedzenie i artykuły pierwszej potrzeby. A zawsze na początku roku robią wielką zbiórkę i organizują wyprawę tylko do opuszczonych chatynek w strefie wykluczenia. Są niekiedy jedyną rodziną jaka została tym ludziom. I są jedynymi na świecie ludźmi którzy na swojej stronie napromieniowani.pl, w filmach, notatkach, reportażach i zajawkach, dokumentują miesiąc po miesiącu ten znikający, zarazem kruchy i nadludzko silny, unikatowy świat.
I jak nikt z szacunkiem, znawstwem i zrozumieniem podchodzą do bardzo wrażliwego tematu Czarnobyla i życia w Zonie. Rozumieją tajemnicę, nie śmierci i zniszczenia, a Życia. Znaczna część tej tajemnicy zawiera się właśnie w babuszkach z Czarnobyla. I żeby genderowi stało się zadość, w nielicznych ocalałych dziaduszkach oczywiście też. Jednak to babuszek przetrwało więcej.

A było co przetrwać… Historia tych terenów bowiem obfituje w małe i większe apokalipsy…. I jeśli ktoś urodził się załóżmy w latach 1910-20, przeżył je wszystkie…. Codzienne radości, troski i egzystencjalne katastrofy: wesela, pogrzeby, tajne schadzki i złamane przez parnia z sąsiedniej wsi serca, pomór inwentarzu i obfite żniwa, Noce Kupały i Wielkanoce, odbywały się kolejno w coraz to bardziej interesujących okolicznościach przyrody i Historii. Świetnie ilustruje to historia Hali opisanej przez Kate Brown, w roku powstania książki 99-letniej mieszkanki Nedanczyczi.
„Ogródek warzywny Hali wyglądał nieźle. Fasola, kukurydza, żółciejące dynie. Chata była w gorszym stanie. Drzwi koślawo wisiały w futrynie. W oknach nie było szyb tylko dwa arkusze z folii plastikowej przypięte takerem do ram… Fascynowało mnie to, jak trwała w tej wsi, jeśli nie liczyć krótkiego pobytu w Kijowie, przemieszkała w Nedanczyczach niemalże sto lat. Takie trzymanie się jednego miejsca nie wydaje się niczym nadzwyczajnym, należy jednak wziąć pod uwagę gwałtowność dziejów na terenach otaczających bagna Prypeci. Gdy urodziła się Hala w roku 1918 bagna te były rozległą połacią mokradeł, nie do przejścia dla obcych. Na rozległych mokradłach gubili się najeźdźcy, topiła w nich kawaleria, grzęzły czołgi, tak że największe wojny XX wieku utykały na obrzeżach bagien Prypeci i gniły tam i I wojna światowa, i rosyjska wojna domowa, walki z chłopami opierającymi się przymusowej kolektywizacji, II wojna światowa”.
Kate Brown, Czarnobyl. Instrukcje przetrwania. Czarne: Wołowiec, 2019
A potem, bagatelka, 40 lat władzy radzieckiej, wybuch reaktora w 1986, upadek ZSRR w 1991…. W tym czasie Hala cudem przeżyła Wielki Głód, wyszła za mąż i rok później straciła męża na froncie, z dzieckiem na ręku starała się przetrwać Niemców, potem patrzyła jak rozbudowują się kołchozy wokół Prypeci i jak niektórzy z dnia na dzień znikają za czasów Stalinowskiej czystki. Widziała jak buduje się nieopodal elektrownia i atomgrad… „A Hala wciąż tam mieszkała. W średnim wieku wciąż chodziła na rynek piechotą… zawsze na piechotę, często boso. Z upływem lat musiała zapuszczać się coraz dalej po zioła i rośliny jadalne, bo coraz trudniej było znaleźć te wodolubne gatunki na terenach ususzonych przez sieć kanałów i tam”. Kate Brown. Czarnobyl. Instrukcje przetrwania. Czarne: Wołowiec, 2019.
Ale jest i głębszy wymiar tej osi bezlitosnego czasu.
„Jak wiadomo, geografia wyznacza los i te legendarne czarnoziemy w ukraińskim losie odegrały rolę nie mniejszą niż lasy w losach wielu narodów Europy, a Wielki Step, odpowiednio, narodów Azji. Cokolwiek w minionych wiekach czynili na tych czarnoziemach ludzie ludziom, niszczący potencjał wszelkiej ludzkiej woli niezmiennie był w świadomości pokoleń przesłaniany niewzruszoną i niepokonaną jak prawo fizyki pewnością: ziemia wykarmi. I przecież karmiła, nawet w latach I wojny światowej i w czasie wojennych rozruchów z lat 1918-20 w gospodach tej części Ukrainy która potem stała się radziecka, chleb wciąż podawano tak samo jak wodę – jako dodatek do podstawowego dania. (…) Najważniejsze ze póki jesteś na własnej ziemi i uczciwie na niej pracujesz, żadne kataklizmy z ludzkiej ręki nie są ci straszne: Bóg jest po twojej stronie”.
Oksana Zabużko. „Planeta Piołun – Dowżenko – Tarkowski – von Trier albo dyskurs nowej grozy”. W: Po Czarnobylu . Miejsce katastrofy w dyskursie współczesnej humanistyki. WUJ: Kraków, 2017.
I to jest druga z fundamentalnych zasad na których opiera się ich świat. Chata to kontynent, wieś to planeta, najbliższa okolica to cały Wszechświat. Hologramicznie zawierający w sobie jego ogrom i absolutny potencjał.
Dlatego wracali, czasem jak pisze Aleksijewicz, po nocach, jak partyzanci, pieszo dziesiątki kilometrów z zastępczych mieszkań w blokach do swoich domostw. Dlatego za nic mają promieniowanie i jego skutki (za Radiacji mamy nie gorzej niż za Sajuza). Dlatego też są fenomenem zdrowotnym, bo większość żyjących obecnie ma w okolcach 70-90, i wszyscy przeżyli dłużej niż większość wiejskich czarnobylców wysiedlonych w „bezpieczne” rejony.
Ale i to nie wszystko… Trzeci magiczny składnik ich tajemniczej recepty na Trwanie i Rozkwit, to wola. Wybór. Dzięki nim możliwe wszystko. Nadludzki hart ducha. Pasja życia ponad wszystko. Złote serce i żelazny zad. Jak u babuszki Hali: „Zanadto dobrze zaznajomiona z ponurą przemocą, której pełne było życie w północnej Ukrainie w w XX wieku, uważałam jej przetrwanie w tym miejscu za nieomal cud. – Jak ci się to udało? – zapytałam. – Jak ty to wszystko przetrzymałaś? – Żyłam! – Pochyliła się do mnie, nagle bystro spoglądając półślepymi oczyma. – Żyłam! Po prostu chciałam żyć, żyć.”
….