Koncik wiejskiej filozofki – edycja wielkanocna

Tydzień-wyzwanie. Homeschooling-wiosenne-przesilenie-ice-bucket-challenge. Z hiperaktywną pierwszoklasistką i zbuntowanym licealistą na nauczaniu zdalnym, całym domem na głowie bo najukochańszy niestety pracuje 12/6, dopieszczonymi wykładami a’la John Keating, podczas których luba dziecinka w różnym stopniu upaprania czekoladą wparowuje w kadr i chce pogadać z „dziećmi” po drugiej stronie, ku nieodmiennej uciesze studentów. Z masą zarówno administracyjnej jak i twórczej pracy na wczoraj. Plus progenitura jak na złość postanowiła akurat w tym tygodniu pokazać co ma najmroczniejszego w swojej behawioralnej ofercie. Pole dance na wierzgającym byku z ciężarami, w 15-centymetrowych obcasach z pomponikami. Iiiihaaaaa!

W zasadzie zamiast pisać powinnam teraz zaczyniać sernik, przypalać żurek i szorować szalety w amoku przedświątecznych przygotowań…. Zamierzam oczywiście, bo tradycja to u nas świętość, nawet jeśli zaadaptowana do lokalnych warunków, wymysłów, kaprysów oraz w tym roku – pandemii. Nie szkodzi że ludowe i religijne tradycje w mojej rodzinie są w wydaniu Tank Girl. Ważne że to czego nauczono moich pradziadków, Trwa. Dawkinsowskie memy kwitną z pokolenia na pokolenie.   

Co roku więc robimy rodzinne wielkie, wiosenne sprzątanie metodą Kon Mari i pucujemy okna, nieodmiennie zachwyceni porażającą jasnością poranka (choć miejska legenda głosi że są i tacy którzy myją okna i zimą i cieszą się tym cudem cały rok!). Zwyczajowo z Dziewczynami masowo produkujemy pokraczne króliczki, kurczaczki i pisanki – choć dotychczas nic nie przebiło tej Kubinej z czołgiem z 2009. Zawsze musi być maraton świątecznych filmów, od „Piotrusia Królika”, po mega przystojnego Jezusa w „Synu Bożym”. Co roku musi być sernik, sałatka, artystyczne pisanki mężunia, żurek i papier toaletowy z zajączkiem. Obowiązkowo w Wielką Sobotę wysyła się opornego nastolatka z dziećmi z koszyczkiem do poświęcenia robiąc mu wstyd na całą dzielnię. Co roku podróżujemy ze wszystkich stron świata na Północ do Mamy na wspaniałą rodzinną, świąteczną biesiadę, szukanie prezentów ukrytych przez Zajączka i śmigus-dyngus.

Każdej wiosny prawdziwie radujemy się z Nowego początku, cudu odrodzenia, nadziei, przemiany.

Co roku nieodmiennie brakuje nam takiego głębszego religijnego zanurzenia w Absolut bo nie dość że jesteśmy grzeszni i hedonistyczni, to jeszcze nie wzięliśmy pełnego katolickiego abonamentu tylko pakiet socjalny dla leniwych.

Te przygotowania, banalne gesty są wspaniałe i mnie prywatnie utwierdzają w poczuciu ciągłości cywilizacji prawie tak samo jak kolejne odcinki „Kiepskich”. Jednak w tym roku jest inaczej. Ze względów pandemicznych nie jedziemy do Mamusi, strasznie mi będzie brakowało geopolitycznych expose Taty i chichotanek z Siostrami. Postanowiliśmy więc zostać świątecznymi kurierami wielkanocnego śniadanka dla osób samotnych. Zrobić świąteczną biesiadę z Przyjaciółmi, a mamy ich całych dwóch. Ale takich pięciu jak ich dwoje to nie ma nawet miliona. Nieodmiennie obdzwonić wszystkie modlące się ciocie obrządku zachodniego i wschodniego żeby odpaliły po nowennie za sernik.

Trwać. Nie poddawać się.

I tak też przy wczorajszej kolacji, w zadumie i refleksyjnej atmosferze Wielkiego Piątku  zainaugurowałam dyskusję na temat sensu cierpienia w chrześcijaństwie i symboliki męki i ukrzyżowania. Czy chodzi tu o cierpienie jako absolutnie konieczny składnik oświecenia? Zasłużenia sponiewieranymi nocyceptorami na to co dobre? Ból jako podstawowa ingrediencja Wolności? Przecież rozwój człowieka jako jednostki duchowej i transcendentalnej może się odbywać przez ciekawość, otwartość, wdzięczność, zachwyt, zaufanie…. Ku mojemu zdziwieniu, nie znalazłam sparingpartnerów  do tej frapującej dyskusji. Mężuś stwierdził, że jego te sprawy nie interesują, bo oświeciło go w przedszkolu i od tego czasu nie ma potrzeby duchowego huntu. Dobrotliwie poradził żebym nie wydziwiała i dała mu oglądać film. Syn polecił jak i on zostać ateista i będę miała takie rozkminy z głowy.

A ja nie dałam za wygraną, położywszy lube dziatki spać, otworzyłam podwójne IPA (ni herbatka ni lekkie krafty nie licowały z powagą chwili), i z antropologicznym zacięciem pochłonęłam całą Drogę Krzyżową z Watykanu. Z zapartym tchem, analitycznym zacięciem i pasją, jakbym nie trzydziesty ósmy, a pierwszy raz w życiu brała weń udział. Jakby od tego miało zależeć moje życie.

Mistyczne. Piękne. Metaforyczne. Oniryczne i na wskroś fizyczne zarazem. Niewyobrażalnie smutne i potężne. Lecz oczekiwane oświecenie niestety nie nadeszło. Może jeszcze nie jestem w miejscu Zrozumienia. Może mimo wychowania w tej tradycji, wypadłam z interesu przez brak praktyki.

A może tu nie ma czego rozumieć i nie ma czego szukać. Może trzeba po prostu Uwierzyć, Zaufać i odpuścić. Może cała idea Drogi, Poszukiwania, osobistego rozwoju, zagłębiania się w siebie, autoanalizy, drogi ku oświeceniu zarówno przez zinstytucjonalizowaną religię, jak i energie, kiełki, mudry, asany, energoterapię, urynoterapię i Bóg jeden wie co jeszcze, to tylko biznes i pic na wodę fotomontaż?

Miniony tydzień bowiem wymagał powrotu do muzycznych korzeni z lat Sturm und Drang pod wieczorne gotowanie, czyli miedzy innymi Tori Amos, Bloodhound Gang, Nirvana. Po nitce do kłębka trafiłam na dokument „The Return of Courtney Love” i wyznanie heroinistki-recydywistki na samym początku filmu mnie zastrzeliło i zdyskredytowało lata mych duchowych poszukiwań: „Wszystkiego próbowałam. Byłam chrześcijanką, byłam katoliczką, byłam w New Age i nawet scientologii, ale teraz wiem że buddyzm to najbardziej transcendentna droga oświecenia dla mnie. Siedzisz przed ołtarzem i mantrujesz. I najlepsze jest to że możesz mantrować o jakikolwiek shit chcesz! ”. Poczułam się jak siedmiolatka która odkryła że święty Mikołaj to w rzeczywistości przebrany w babskie lumpy rubaszny sąsiad Marian spod piątki, który zbiera porcelanowe zwierzątka i dorabia na go-go bary przebierając się za Gwiazdorka. 

Może droga do Oświecenia jest prosta jak konstrukcja cepa i prowadzi przez banalne uniwersalia: dobroć, radość, pokorę, pracę, wyrozumiałość dla siebie i innych i życzliwość dla wszelkiego stworzenia. Może trzeba się trzymać tych drobnych, egzystencjalnych hacków, codziennych rytuałów które pozwalają nie wpaść w nihilistyczną otchłań gdzie rodzimy się nieestetycznie i koszmarnie, dekady marnej egzystencji cierpimy, a potem na zawsze znikamy, gaśniemy w sekundę i nawet smaku po nas nie ma jak pisał nieoceniony Wojaczek. Bo przecież można na życie spojrzeć i tak.   

Ale ja nie zamierzam. Zamierzam za to upiec sernik (i każdy kto mnie zna wie ile heroizmu jest w tym stwierdzeniu). Zamierzam Wierzyć, Ufać i Cieszyć się Każdą minutką tego że tu jestem.

„Nasz kruchy domek stoi na wulkanie, a ja i tak zawieszam świeże firanki w oknach. Piekę ciasteczka istotom śmiertelnym. I staram się nawet, żeby to były smaczne ciasteczka”.

Małgorzata Musierowicz, „Imieniny

I Szukać Dalej. 

Dodaj komentarz