Każdy z nas ma takie miejsca, takich ludzi, takie wspomnienia – do których po prostu nie podchodzi. Kijem przez Internet nie tyka. Udaje głupiego, że to się nie wydarzyło, nie mi, nie w ten sposób, nie w tym życiu….Bo rozrywają duszę na kawałeczki i zagrażają wszystkiemu co z takim trudem człowiek pozbierał, uratował, odbudował, ochronił.
Spycha się wtedy taką puszkę Pandory gdzieś na obrzeża świadomości, przywala codziennymi sprawami, terminami, ambicjami, wizualizacjami zachodów słońca i pole fitness. Zalewa się litrami kawy i podwójnej IPA, dopycha sernikiem i przykrywa dla pewności szpetnymi landszafcikami ze złotowłosą dojareczką.
Taka egzystencjalna kołderka ma to do siebie że w końcu się ze słonika zsuwa, i oto jest w całej swojej przerażającej krasie. Macha ogonem i czeka co zrobisz.
I wiem, że kiedy czas jest odpowiedni, kiedy człowiek jest gotowy, warto zaryzykować. Wybaczyć sobie i innym. Wyciągnąć rękę. Uznać że moja wersja prawdy jest tylko jedną z wielu. Odpisać. Uznać że tak, to się stało, było koszmarne, i to się stało mi. Mi. Że tak, to ja to zrobiłam i było to straszne dla drugiego człowieka. Naprawić co się da. Spokojnie, bez emocji, bez oceniania, spojrzeć z ciekawością i zrozumiem na kolejny fragment Drogi. Zabrać ze sobą tylko to co ważne. Pozwolić żeby przeszłość na dobre pochłonęła resztę. Ruszyć dalej z małym plecaczkiem, lekkim sercem i wdzięcznością.
Szczególnie że zazwyczaj ku miłemu zaskoczeniu, otwarta puszka Pandory okazuje się być nawet nie Surströmming, ale przepysznym, swojskim Paprykarzem Szczecińskim.
🙂