Dla mnie to temat wyjątkowo osobisty – z absolutnie mi niezrozumiałych przyczyn. Chłonę od jakich trzech lat wszystko co możliwe we wszystkich znanych mi językach, czytam i oglądam, nie ma takiego dokumentu ni filmu pełnometrażowego którego bym nie przerobiła po polsku, ukraińsku, angielsku i niemiecku. You name it I’ve seen it. Ale takiego najważniejszego, mojego, jeszcze nie nakręcili.
Co w tym takiego jest? Ta przerażająca metafora, ta przepowiednia, kronika przyszłości jak u mojej ubóstwianej Aleksijewicz… Ale i bliskość, czułość, współczucie i porozumienie. Dlaczego ci ludzie z Prypeci są mi tacy bliscy? Dlaczego to jest takie moje, i „Czarnobylska Modlitwa” i „Land of oblivion” i historia Ludmiły Ignatienko którą z płaczem pochłonęłam przy serniku w pewną ciepłą Wielkanoc (pierwszy raz w świetnym ukraińskim Lazurowym Pyle a nie w megaprodukcji HBO).
I zdjęcia z życia miasta sprzed 26 kwietnia 1986 – ja tam byłam, ja to znam.
Od lat powraca do mnie jeden sen, patrzę ze smutkiem ze swojego mieszkanka w wieżowcu na las i błota, wiem tylko że coś się skończyło i że trzeba odejść…. I poraziło mnie kiedy zrozumiałam że to widok z tego okna, przedostatnie piętro, drugie od prawej. Jak….?

Może dlatego że jak i ja, ci ludzie w moment stracili wszystko? Spakowali się na trzy dni, zostawili w domach koty, kanarki i pełne lodówki – i zostali wywiezieni ze swojego życia na zawsze, ot tak, po prostu. Zostały po ich życiach tylko rekwizyty które zupełnie bez szacunku rozpieprzyli szabrownicy, a potem czas. I przyroda. Pełne koło, kompletny cykl, jakiemu prędzej czy później podlegnie cały ludzki świat.
Ale to nie wszystko! To tylko mały ułamek tego zjawiska! I ten szok inżynierów że reaktor śmiał w ogóle wybuchnąć, i trzymanie ludzi w niewiedzy przez 2 przerażające dni, i kultura bylejakości, konformizmu i kłamstwa która do tego doprowadziła, i fakt że ten wybuch ostatecznie rozpieprzył ZSRR…
Chernobyl grew into an extensive metaphor — a metaphor, in fact, for the entirety of Soviet life. It came to be regarded as a portent, a harbinger of societal disaster both domestic and global. For years, Soviet propaganda had terrified the populace by cultivating the idea of a threat — people lived in daily fear of nuclear war with the west; but the blow had come from within, and the country was suddenly a danger to itself.
In the immediate aftermath of the accident in April to May 1986, the regime attempted to conceal the ensuing catastrophe from the public eye. Instead of mounting an evacuation, the authorities proceeded to hold the usual May Day parade on Kiev’s Khreshchatyk Street. Chernobyl came to epitomise the moral and spiritual degradation of society — hence the coining of the expression “spiritual Chernobyl”.
From the Calvert Journal
Och, tyle tego w jednym zdarzeniu… Jakiego nigdy przedtem. I daj Bóg, nigdy potem nie będzie.

I nie fascynuje mnie tu sama katastrofa, nie… Nie śmierć ale ŻYCIE w Prypeci i okolicach. Kim byli ci ludzie? Co jedli na śniadanie? Jak wyglądał ich dzień? Co czytali? Co ich bolało? Co było modne? Jakie paznokcie, jakie fryzury, jakie dusze? Jakiej muzyki słuchali, co było w telewizji, co w sklepach, dokąd chodzili na randki, co czuli patrząc na monstrualnego Lenina wymalowanego na bloku? Czy rozumieli w jakim systemie żyli? Jakie mieli z nim relacje? Czy jak pisze Aleksijewicz w „Czasach second-hand”, czy komunizm wrósł w nich głębiej niż ich własne życie?
„Cywilizacja radziecka… Spieszę się, by utrwalić jej ślady. Znajome twarze. Wypytuję nie o socjalizm, ale o miłość, zazdrość, dzieciństwo, starość. O muzykę, tańce, o fryzury. O tysiące szczegółów życia, które zniknęło. To jedyny sposób, żeby zapędzić katastrofę w ramy czegoś zwykłego i spróbować coś opowiedzieć. Czegoś się domyślić. Nie przestaję się dziwić temu, jak ciekawe jest zwykłe ludzkie życie. Nieskończona liczba ludzkich prawd… Historię interesują tylko fakty, emocje zostają za burtą. Z zasady nie mają wstępu do historii. A ja patrzę na świat oczami humanisty, nie historyka. Jestem zdziwiona człowiekiem…”
Swietłana Aleksijewicz.”Czasy second-hand”, Czarne: Wołowiec, 2014, s. 11
Własnie to mnie chyba najbardziej wciąga. Ludzki czas. Czas życia. Wszystkie te drobne rzeczy z których składa się nasza codzienność, telewizja śniadaniowa, zakupy przed Wielkanocą, baranki z masła, nowe ciuchy, odkładanie na wakacje, otwieracze do konserw, książki, połamane zabawki, długopisy, torebki, wiertarki… Pewność że życie codzienne będzie trwało, że przyjedzie autobus, że warzywny będzie otwarty i pogawędzi się z ekspedientką o absolucie i sensie życia…
Ta pewność trwania ludzkiej cywilizacji zawarta w czymś tak drobnym jak słoik ogórków konserwowych – przez Czarnobyl stała się nieoczywista.
Wojna czyni to samo, a jednak tu stało się coś zupełnie innego, nienaturalnego, nie z tej ziemi, przekraczające wszystko co możemy sobie wyobrazić….
„To poczucie, które się wtedy w nas momentalnie wytworzyło, unosiło się wówczas nad wszystkim: nad naszymi rozmowami, działaniami, lękami i postępowało w ślad za wydarzeniem. Wydarzeniem potworem. Wszyscy doświadczyli wypowiedzianego, czy też niewypowiedzianego uczucia, że dotknęliśmy czegoś nieznajomego. Czarnobyl jest zagadką, którą jeszcze będziemy musieli rozwikłać. Nieodczytanym znakiem.”
Swietłana Aleksijewicz, „Czarnobylska Modlitwa. Kronika przyszłości”. Czarne: Wołowiec 2018
Nieodczytanym znakiem.
