Mój Lwów

Lwów. Moje miasto. Ta joj….

Lwów wyobrażony przez opowieści Dziadziusia, kresowiaka-patrioty, który tęsknił za straconym domem w Stanisławowie i czasami szkolnymi we Lwowie. Za niedzielami w Parku Stryjskim z Ojcem, i pierogami z jagodami Mamy. Za „Piosenkami z lwowskiej ulicy” i Szczepciem i Tońciem. Za na zawsze straconym, mitologicznym światem Kresów który istnieje już tylko w sercach i fantazji ludzi takich jak ja.

Lwów fantazmatyczny, na magnesie który dostałam od mężczyzny z oczami pełnymi zagadek. Potem okazał się zostać moim mężem i ojcem naszych dzieci. Mężczyzna, nie magnes. Miasto do którego pierwszy raz przyjechałam zapchanym lokalnymi baciarami blabla carem na niezobowiązującą kawkę, zwiedzanie i „Jezioro Łabędzie” w Operze – do której nigdy nie dotarliśmy. Nie szkodzi. Historia zatoczyła koło, wróciłam.

Lwów realny, drugie miasto w którym mieszkaliśmy na zmianę z Warszawą przez ostatnie cztery lata. Lwów pięknej secesyjnej architektury obok poradzieckich potworków. Lwów zakwitły szaleńczo na wiosnę z chodnikami złożonymi głównie z dziur i liszajem obłażącego tynku. Lwów zakupów na bazarze od mitologicznych babek które przeżyją wszystko i szykowania jak każda szanująca się lwowska pani domu gór żarcia na rodzinną kolację. Lwów zapchanych do nieprzytomności, śmierdzących marszrutek i wspaniałych starych tramwajów. Łyczaków. Przejmujące chorały w kościele ormiańskim i ślub w polowej cerkwi. Pascha i Dzień Wyszywanki. Epicka kawa i wejście na hasło do „Kryjówki”. Niekończące się samotne wędrówki po magicznym mieście, od Sychowa po Śródmieście.

Solona słonina, bimber, morska kapusta i róże bez okazji. Wieczorne wiadomości na Kanale Ukraina i „Chata na tatę” do leniwego, miodnego popołudnia. Spacery po cmentarzu Janowickim z obłędnym widokiem na wieczność i doczesność. Piwo na starówce i frontowe sto gram do pizzy. Lwów wyjątkowo dbających o siebie kobiet, nawalonych ordynarnych turystów i nielicznych rdzennych dystyngowanych starszych Polaków wychodzących w niedzielę z Katedry Łacińskiej. Lwów pełen nieziemskich książek, od almanachów kucharskich Darii Ćwiek po Mein Kampf przy pomniku Fedorowa.

Miłość.

Tęsknię za Lwowem. Ale już niebawem…. 

Dodaj komentarz