„… nie musiałam wiedzieć. Wystarczyło wierzyć, że to, co zrobiłam było prawdziwe. Rozumieć znaczenie, choć nie byłam w stanie dokładnie powiedzieć, co oznacza, jak wszystkie wersy z Dream of a Common Language, które wypełniały mi dni i noce. Wierzyć że nie muszę sięgać gołymi rękami. Wiedzieć, że zobaczenie ryby pod powierzchnią wody wystarczy.
Że to było wszystko. To było moje życie – jak każde życie – tajemnicze, nieodwołane i święte. Tak bardzo bliskie, tak bardzo obecne i tak bardzo moje.
Jak dzikie i szalone było pozwolić mu Być”.
Cheryl Strayed, Dzika Droga
Kocham Cheryl Strayed całym sercem. Od pierwszego momentu kiedy na którymś z europejskich lotnisk wpadła mi w ręce jej „Wild” – zapis jej pieszej, samotnej wędrówki po Pacific Crest Trail na początku lat 90tych. Wędrówki którą zaczęła się tak naprawdę parę lat wcześniej w momencie kiedy na raka zmarła jej matka. Od tego czasu przeszła różne drogi – intelektualistki, feministki, rozwiązłej i wiarołomnej żony, narkomanki – ale przez cały czas wiedziała że to tylko tymczasowe przystanki, gorzkie i bolesne ale niezbędne lekcje, że musi Iść dalej, żeby stać się Kobietą na którą wychowała ją jej wspaniała Mama.
Udało się.
Książkę przeczytałam jednym tchem podczas lotu, płacząc ze wzruszenia, podziwu i wielkiej bliskości z Cheryl. Od tamtego czasu zabieram ją w każdą podróż. To mój talizman.


“What if I forgave myself? I thought. What if I forgave myself even though I’d done something I shouldn’t have? What if I was a liar and a cheat and there was no excuse for what I’d done other than because it was what I wanted and needed to do? What if I was sorry, but if I could go back in time I wouldn’t do anything differently than I had done? What if I’d actually wanted to fuck every one of those men? What if heroin taught me something? What if yes was the right answer instead of no? What if what made me do all those things everyone thought I shouldn’t have done was what also had got me here? What if I was never redeemed? What if I already was?”
Cheryl Strayed, „Wild”
I ja byłam kiedyś Dzika. Nieokiełznana. Nie do zatrzymania. Wbrew wszelkim konwenansom. Paląca żywym ogniem siebie i wszystkich wokół. Nie musze chyba dodawać że byłam absolutną mistrzynią gównianych życiowych decyzji i pakowania się w niewyobrażalne tarapaty z pieśnią na ustach. Życiowego rozpoznania bojem. Sprawdzania ile mam siły żeby z najgorszego szajsu wyjść. Mimo tego że zawsze wyraźnie wiedziałam że igram z ogniem i to się źle skończy. Zawsze.
Jednak niezliczoną ilość razy mówiłam temu mądremu, łagodnemu wewnętrznemu głosowi „pieprz się” i robiłam to co mi moja ułańska fantazja podpowiadała. Naprawianie szkód, lizanie ran i zbierania z rynsztoku połamanego serca i duszy trwało tygodnie, miesiące, czasem lata. You name it, I have done it.
To był bardzo kosztowny i wyczerpujący kurs Życia dla mnie i ludzi którzy mnie kochali. Nauczył mnie wiele. Dzięki niemu Rozumiem innych ludzi na najtrudniejszych nawet rozstajach dróg. I zrozumiałam że ten ogień, ten instynkt, ta namiętność do życia są cenne i wspaniałe, tylko trzeba nauczyć się je oswajać. Powoli, cierpliwie, jak dzikie zwierzę które nigdy do końca nie będzie udomowione. Ale będzie można bez lęku biegać z wilkami.
No i oczywiście Dzieci – powodują za magiczną pomocą dwóch różowych kresek na ciążowym teście potężną, ekspresową reorientację priorytetów i postawienie się do egzystencjalnego pionu. Wielki szok i błyskawiczną transformację, bo teraz człowiek jest Odpowiedzialny również za drugie Życie. Nie ważne w jak pochrzanionej sytuacji, wszystko to staje się w tym momencie absolutnie nieaktualne, wykonuje się tytaniczną pracę nad sobą bo już niczego nie wolno nam spieprzyć. Mały Człowiek staje się absolutnym Priorytetem i Świętością – dla Matki która da wszystko co w ludzkim i nadludzkim zakresie możliwe, ochroni i będzie pazurami do krwi broniła swojego Stada.
Tak samo działa Miłość. Oddanie. Zaufanie. Zobowiązanie.
Czy Dzikość mija bezpowrotnie? Nie. Oczywiście że nie. Ale znajduje się takie outlety tej pierwotnej pasji, tanatosika tego i erosika które nie mają mocy rażenia 50 megaton. Godzinami wędruje po lesie. Gotuje epickie kolacje na rodzinny filmowy wieczór. Maluje się kobiety którymi nigdy się już nie będzie, czyta pasjami, jeździ na wolontariaty do Syrii, Pisze się sercem i duszą, zostawia mężowi „Kocham Cię” szminką na lustrze, kupuje rodzinnego kampera, szyje krzywo barwne sukienki a’la Frida Kahlo, prowadzi badania terenowe w wykluczonych społecznościach świata, podróżuje z plecakiem i nosidełkiem, tańczy na słuchawkach w nocy kiedy wszyscy już śpią.







Czy podejmuje się wyłącznie mądre decyzje? Nie, oczywiście że nie. Co więcej, okazuje się że czasem chujowo podejmować mądre decyzje, mądrość jest nudna, banalna i bardzo zwyczajna. Dobre decyzje kosztują i oznaczają rezygnację z wielu wspaniałych miejsc, ludzi, zdarzeń. Nie ma tego upragnionego wrzutu dopaminy i adrenaliny, ekstazy, tej mrocznej mgiełki i słodkiego bólu który towarzyszy tym złym. Ale po chwili czuje się spokój, radość i delikatnie rozkwitające w duszy światło.
I tak naprawdę nigdy nie ustaje się w Wędrówce, każdy dzień przynosi nowe wyzwania. Mil passos – tysiąc kroków. Czasem niestety trzeba zawrócić już po pierwszym kroku, bez względu na to jak porywający i piękny wydaje się taniec.
Czasami po prostu Trzeba. Żeby Światło mogło dalej kwitnąć.