Americana

Ha, czwarty lipca 😊 Zaczęłyśmy dzień z Dziewczynami od spacerku w lesie i napasienia się jagódkami które w tym roku wysypały jak dzikie. Od wizualnego polowania i szukania nazw motyli, które również dopisały. Fioletowy mieniak tęczowiec, żółty latolistek cytrynek, pomarańczowy czerwończyk dukacik, biały niepylak mnemozyna, modry modraszek ikar. Do dziś rana nie miałam pojęcia że mają takie boskie nazwy. Wystarczyło nieco ciekawości, google i nasz żeński kolektyw wzbogacił się o nieco cudownej, nikomu niepotrzebnej wiedzy. Jak mawiał mój ukochany Nabokov: „My pleasures are the most intense known to man: writing and butterfly hunting”….

No i teraz południowa kawka, bardziej optymistyczne niż udane próby ogarnięcia autorskich burgerów z fasoli dla rodziny i Dolly’s „For God and Country” na głośniku by podkreślić uroczystość Dnia. W końcu dziś Czwarty Lipca, Happy Fourth Everybody 😊

Każdego roku świętujemy rodzinnie Czwartego (bo oprócz tradycyjnych świąt polskich i ukraińskich, celebrujemy co się da, od Bethane po Chiński Nowy Rok). Cieszymy się jak goły w pokrzywach na Tydzień Amerykański w Lidlu, gotujemy z moją niedoścignioną idolką kuchni i obejścia Ree Drummond, odpalamy maraton patriotycznych filmów made in the USA (Obowiązkowo „Patriota”, „Forrest Gump” i „An American Carrol” z niezapomnianym Lesliem Nielsenem). A ja już zupełnie prywatnie, co roku rozklejam się późnym wieczorem przy Budzie do „Welcome to the Future” Paisleya. Taki mały coming out na dziś 😉

USA – eeech. Wychowałam się na amerykańskich filmach, serialach i muzyce. Przede wszystkim na dr Quinn, Cudownych Latach, Mc Gyverze i Drużynie A, i prawdopodobnie ta ostatnia fascynacja popchnęła mnie na magisterkę z amerykanistyki i doktorat z nauk o bezpieczeństwie. Wszystkiego razem spędziłam w różnych Stanach ponad (dosłownie i w przenośni) pół roku. Czuję się tam jak w domu, bez względu na to czy to tania kawka przywleczona z maca na Venice Beach, nocowanie na plebanii obok striptiz baru w latynoskiej dzielnicy w New Jersey, pielgrzymki do Wal Martu w Tampie, trzy miesiące pracy w rezerwacie w Dakocie Południowej, dwutygodniowy road trip przez zadupie w siną dal starą toyotą z zaprzyjaźnionym Indianinem, bite trzy dni Pow Wow czy spontaniczne tournee po najważniejszych amerykańskich instytucjach wojskowych. You name it, I like it.

Uwielbiam USA – przede wszystkim za paradoksy. Kraj wolności, freedom and liberty for all, zbudowany na zniewoleniu, ludobójstwie Indian, rasizmie i dyskryminacji – która trwa w najlepsze. Obsesja piękna w Hollywood która skutkuje przeraźliwie smutnymi botoksami i największy na świecie odsetek chorobliwie otyłych ludzi (36,5% poważnie otyłych, 32,5% z nadwagą). Ale i absolutnia wolność wyglądania jak komu się żywnie podoba i robienia co się komu żywnie podoba.  Kraj w którym psychicznie chorzy ludzie i narkomani są poza systemem, żyją na ulicy jedną przecznicę od finansowego centrum L.A. I każdy kto przejdzie wstępne eliminacje ma dostęp do broni. Kraj w którym naprawdę możesz zostać kim chcesz, bez względu na to skąd jesteś. Nie ważne skąd przyszedłeś, ważne dokąd idziesz. I zawsze znajdzie się ktoś kto w Ciebie uwierzy i zainwestuje w twój obłędnie zapowiadający się biznes. Nawet jeśli planujesz otworzyć monopolowy megastore w amiszowskim Lancaster.

Elon Musk i rewolucja hipisowska. „Urodzeni mordercy” i „Patch Adams”. Marylin Manson i Rosemary Clooney. Ikoniczny hamburger i jambalaya. Erin Brokovich i Jenna Jameson. Billie Holliday i Bloodhound Gang. Kraj w tym samym czasie “Here comes Honey Boo Boo” i “The Real Housewives of New York”, “Extreme Cheapskates” i “Keeping up with the Cardashians”, Oprah i Trumpa, „Hillbilly Elegy” i „Stalowych Magnolii”, tak nieopisanie wspaniałych ludzi jak Sam Richards i tak przerażających jak Ted Bundy. Kraj kompletnie podzielony, niewyobrażalnie różnorodny a jednak One Nation Under God. A raczej One Nation Under Canada Above Mexico jak mawiał Robin Williams.

Jest tam wszystko.

Stany które ja znam są trochę od kuchni, trochę zza kulis, a głównie od strony śmietnika na zapleczu greasy spoon in the middle of nowhere. Oczami tych którzy byli tu Pierwsi i którym mimo najlepszych chęci i kilkusetnich zabiegów, nie udało się złamać Ducha.

Marzy mi się jeszcze kilka amerykańskich przygód – solo i z rodzinką. Prawdziwy road trip przez całe Stany. Dollywood. Wielki Kanion. Powrót do NY. Kalifornia. Wizytka na Stanford. Tydzień na głębokim południu. Line dancing z kowbojami w spelunce gdzieś gdzie diabeł mówi dobranoc. Fajwerki na Czwartego. Powrót do Standing Rock.

Tyle jeszcze przed nami.

Jednak w to lato zostaje planowanie i Pioneer Woman, Gilmore Girls, Country Living, Gypsy Sisters, USA Today, New York Times, Extreme Cheapskates i Dolly.  

Póki co zaczęłam urlop i muszę dojść do równowagi po tym roku pełnym wyzwań, optymalnie robiąc nic nad moim ukochanym jeziorem.

I przede wszystkim Przeżywać to Lato. Każdy dzień, każdy moment, każde mgnienie. Tatuować sobie na duszy wspomnienia, motyle, spacerki, zachody słońca, shitowe letnie romantyczne komedie w kinie pod chmurką, zapach truskawek, smak świeżego groszku, wilgoć namiotu, skwar letnich podróży w busie i noce perseidów.

Chwytać życie za wszystkie sto nóg naraz.

Dodaj komentarz