Czasem człowiek zjebie na całej linii. Niechcący, mając nawet i dobre intencje, tak napieprzy że w tym momencie Calamity Jane drapie się po głowie coltem, pociąga solidnie z flaszki i mówi „Ej, no stara….”. Witamy w krainie fakapu.
Fakap – rzeczownik, rodzaj męskorzeczowy z ang. „fuck up” – zapożyczenie fonetyczne. Oznacza zawalenie jakiejś sprawy powodujące sytuację kryzysową jak usłużnie podaje Wikisłownik. Fakapowi zazwyczaj towarzyszy epicki fejspalm (patrz foto powyżej).
Najgorzej kiedy przy tej pięknej okazji zrobi się niechcący przykrość drugiemu człowiekowi, taką iż z potencjalnego przyjaciela mamy kogoś, kto na nasz widok będzie uciekał z krzykiem wywijając krucyfiksem i rzucając w nas główkami czosnku oraz krowim łajnem. Albo splunie z pogardą. Albo uśmiechnie się z wyższością i obmówi, w zależności od człowieka.
Cóż, niektórzy z nas czasem muszą zachować się totalnie debilnie, kompromitująco, słabo albo nierozsądnie. Chociaż by po to żeby reszta świata słysząc o naszych postępkach mogła kiwać się w samozadowoleniu na obcasach z pyzatą i obleśną satysfakcją, utwierdzając w przekonaniu o własnej moralnej wyższości
Czasem każdy z nas dostaje szlachetną i bohaterską misję poprawienia swoim złym przykładem samopoczucia ludzkości.
Ja na takie sytuacje reaguję totalnym załamaniem i samokrytyką rodem ze stalinowskich procesów pokazowych, tylko moja skrucha jest szczera. Kiedy zrobię przykrość większego kalibru drugiemu człowiekowi, nawet niechcący, przez pierwsze momenty zrozumienia co nakroiłam, rozpadam się na kawałeczki ze wstydu i ryczę jak kombajn Staliniec-6 na kołchozie.
Na pewno to się leczy jakąś holistyczną psychoterapią na wyłożonej zielonym pluszem kanapce za symboliczne 150 godzina, tak że w każdej sytuacji będę asertywna, proporcjonalna i zajebista jak Rozenek-Majdan z rodziną w podróży kamperem po Szwecji. Ale nie chcę. I też mi to niepotrzebne, bo każda taka wyjątkowo bolesna okazja uczy mnie tego czego pokojowo nauczyć się nie chciałam – albo po prostu nie mogłam. No i dzięki tej sesji głębokiej samoanalizy, samopogardy i chęci naprawienia i wynagrodzenia wszystkich szkód z nawiązką najlepiej zaraz, i mam karmiczne rachunki popłacone od ręki. Raz a dobrze.
Trudno, ze zwiększoną wrażliwością na piękno i darem głębokiego przeżywania cudownych subtelności świata, w parze dostaje się ogólną absolutną nadwrażliwość. A to nie jest ani miłe ani wygodne bo większość z tego co mnie totalnie egzystencjalnie rozpieprza, nie jest żadną puszką Pandory a w najgorszym wypadku przeterminowanym tuńczykiem. Coś za coś.
Chwilę później (albo po kilku dniach wewnętrznego piekła) i uzyskaniu elegijnego dystansu, rozkminiam intensywnie jak mogę wszystko naprawić i po głębszym oddechu, sesji mentalnego samobiczowania i paru mądrych lekturach oraz inspiracjach z TEDa, przystępuję do fazy zadośćuczynienia. Duma w kieszeń. W tym momencie liczy się tylko żeby drugi człowiek zrozumiał dlaczego tak źle nam wyszło, i nawet jeśli nie przebaczy – wiem że zrobiłam wszystko co możliwe.
Tak trzeba. Jestem człowiekiem, i nic co ludzkie nie jest mi obce. You name it, I have done it. Ale gdybym nie starała się z całych sił zawsze totalnie naprawić co żem spieprzyła, coś by we mnie zdechło. I przeczytany wczoraj zachwycający fakt iż żyję w świecie w którym najdalsza widzialna galaktyka oddalona jest o 13,8 miliarda lat świetlnych, co oznacza że to co widzę na niebie jest wspomnieniem sprzed lat tyluż, nie miałby takiej mocy wywoływania nabożnego zachwytu kiedy patrzę w nocne niebo na włoskiej wsi gdzie właśnie rezyduję.
Wiem że to są elementarne fakty astronomiczne i bazowe lekcje życia, które większość ogarnęła jeszcze w podstawówce albo maksymalnie w liceum kiedy to ja siedziałam z ziomkami w parku filozofując tak głęboko jak głęboka była litrowa Porzeczka na spirytusie. Możliwe.
Ale z wszystkim tym, staram się być dobrym człowiekiem który kiedy coś spierdoli, naprawia. Dobrym człowiekiem który zawsze ma dobre intencje, i tylko czasem robi głupie rzeczy.
Nigdy na odwrót.
Dokładnie jak Calamity Jane 😉
