Wojna

Co mężczyzna to nowa wojna. Kolejna zmieniająca życie podróż – kolejna wojna. Wspaniałe literackie odkrycie które otwiera duszę i zdziera z człowieka całą skórę uruchamiając niemożliwe pokłady empatii – wojna. Co nowy projekt badawczy – wojna. Nie chodzi tu pornograficzną fascynację przemocą i śmiercią. Nie. Odkąd pamiętam, próbuję ją zrozumieć, rozgryźć, oswoić, obtańczyć, zrytualizować, zapomnieć. Ona i tak zawsze mnie w końcu znajduje i rzuca w jakieś psychicznie chore tango.  

Jak u Viverosa…

Nigdy nie byłam na wojnie. Mój wielki szacunek, współczucie i radykalna empatia dla każdego kogo to niewyobrażalne piekło przeszedł, kogo dotknęło chociaż w najmniejszym stopniu, wynika jednak z tego że wojna była u mnie, na mnie i we mnie. I nie mam tu na myśli metafory.  

Wszystko zaczęło się od Dziadków u których się wychowałam. Wojenne wspomnienia, historie i dykteryjki były naszą codziennością. Słuchałam zafascynowana o wspaniałym życiu w II RP na Kresach (dziadek) i na Pomorzu z niemieckim pivotem (babcia) które ktoś im z dnia na dzień zabrał. O głodzie, ucieczce z Syberii i tygodniach ukrywania się w lesie, o walce i zdradzie, o koleżance sanitariuszce która umarła babci na rękach, o wujku który dzielnie walczył po niewłaściwej stronie (jakiś taki czarny ten orzełek na mundurze był) i wyzwoleniu Warszawy. Opowieści w których na równi wyczuwało się zwierzęcy strach i nadludzką dobroć. „Zakazane piosenki”, „Eroica” i „Europa Europa”.

Nagła cisza przy koniaczku i kawie kiedy przychodziły przyjaciółki babci które Przeżyły. Specyficzny, wspaniały sposób życia który opiera się na codziennym zachwycie i bezgranicznej wdzięczności za to że jest pokój, że mamy co jeść, że jesteśmy WOLNI, że mamy dach nad głową i że jutro prawdopodobnie będzie tak samo. To wszystko wryło się we mnie, w mój umysł, serce i duszę, jak drut kolaczasty wrastający w ciało, jak tatuaż na wszystkim czym miałam się stać.

Ale do 12 roku życia to było takie wszystko codzienne, zwyczajne, dotykalne, oswojone. I w pewne wspaniałe lato u siostry Dziadziusia, przypadkiem wpadł mi w ręce album ze zdjęciami z wyzwolenia Majdanku – jej mąż tam był. Pamiętam góry trupów i wychudzonych ludzi z koszmarem w oczach. Pamiętam że w środku zaczęłam krzyczeć, i że dopiero po jakimś czasie zrozumiałam na co patrzę, co to było, i ze zrobili to ludziom inni ludzie. Płakałam kilka dni, przerażona że świat potrafi taki być. Rozumiałam już trochę że istnieje Zło, ale novum było że istnieli kiedyś ludzie którzy potrafili innym zrobić coś takiego. Że prawdopodobnie istnieją nadal.

Co to za ludzie? Przerażona i bezradna chciałam, musiałam się dowiedzieć a nikt kto Wiedział nie był w stanie o tym rozmawiać. Przeczytałam wszystko co było w naszych bibliotekach dostępne na temat obozów koncentracyjnych, od „Dzieciństwa w pasiakach” po „Proces Norynberski”. Przeraziło mnie najbardziej że oprócz odsetka psychopatów, większość z oprawców była przykładnymi obywatelami, rodzicami, uprzejmymi sąsiadami, mieli psy, pielęgnowali kwiatki i lubili apfel strudel. Tym bardziej nie rozumiałam. Zakopałam głęboko w sobie wszystko czego się dowiedziałam razem z poczuciem mdlącej bezradności. Wyjaśnił mi to dopiero kilka wojen później Zimbardo.

I potem względny spokój podszyty nieufnością do ludzkości jako takiej. Aż do pierwszych zajęć kursu o kulturowych aspektach wojny na moich drugich studiach – i absolutnego olśnienia. Przyjechałam świeżo z prowincji do magicznego Miasta, byłam od prawie roku wdową. Zewnętrznie przez ten rok prosperowałam, musiałam budzić synka rano, piec jabłecznik, śpiewać piosenki o misiach, studiować, bronić licencjat, uśmiechać się nieustannie i ze wszystkich sił nie pozwolić żeby to co nas spotkało, bardziej niż potrzeba odczuł mój syn. Nie miałam luksusu się egzystencjalnie rozłożyć po śmierci męża – chociaż za kolorowa fasadą, jak to w takich wypadkach bywa, dymiły jakieś zgliszcza młodej i głupiej kobiety którą kiedyś byłam.

Ale wtedy już i wewnętrznie jakoś powoli zaczęłam się zbierać, znowu psychicznie funkcjonować w rzeczywistości która w mgnienie potrafi ci odebrać wszystko w co wierzysz i co kochasz. I siedziałam sobie w wieśniackim swetrze z grzybkiem i brązowych kamaszach z second handu na wykładzie, który od pierwszych słów przeniósł mnie w zupełnie inny wymiar. Byłam wstrząśnięta, zafascynowana, zahipnotyzowana i zainspirowana że można w ten sposób opowiadać o wojnie. Że jest tam o wiele więcej niż okrucieństwo i bohaterstwo, cierpienie i miłosierdzie jakiego nigdzie indziej, zło i zwierzęcy strach obok Światła. Że jest drugie, trzecie, i czwarte dno, że jest nieodrodnie związane z Ludzkim Życiem, z całym cyklem istnienia. Że jest rytuałem, modlitwą i dla niektórych religią. Że „międzykontynentalny pocisk balistyczny” może brzmieć jak czarodziejskie zaklęcie. Że Guernica, Kamikadze na latających dywanach, że „Sex and War”, „Let the bodies hit the floor” i „Fahrenheit 9/11”.

Że militainment i dmuchane schrony przeciwatomowe. Że to co Baudrillard ma do powiedzenia o WTC jest najważniejszym czego mogę się dowiedzieć o ludzkiej kondycji. I postanowiłam że jak dorosnę, też będę taka jak ten pełen pasji i mocy, nieziemski adiunkt.

A niedługo i Standing Rock i lato z indiańskimi weteranami wszystkich możliwych wojen, od II światowej po ISAF. Ze względów kulturowych, patriotycznych i ekonomicznych bardzo chcieli walczyć – tak jak mi to wytłumaczyli – nie za kraj który ich zniszczył, ale za ziemię przodków która ich zrodziła. Badania wtedy robiłam na zupełnie inny temat, ale czasu miałam sporo i rozumiałam ich – na najgłębszym możliwym poziomie, a oni chcieli, musieli, potrzebowali porozmawiać o tym jak to jest kiedy ma się 19 lat i człowieka zapychają z darciem ryja do autobusu i wysyłają do Wietnamu zabijać. Kogo? Dlaczego? Tego nie wiedzieli.

Kilkadziesiąt lat później w oczach dorosłych mężczyzn była ta sama bezradność i bezbronność. Przytłumiona piwem, zakryta czarnym humorem i cynizmem, wepchnięta pod masę wspomnień o szalonych imprezach w San Francisco późnych lat 70, kolejnych rozwodów, picia, sukcesów jako kontraktorzy w prywatnych firmach wojskowych, odsiadek, narodzin dzieci, sukcesów wnuków i niedorzecznych wyników wyborów prezydenckich. Nie ważne. Pod spodem każdy był wciąż tak samo przerażony.

Kilka miesięcy po powrocie z Rezerwatu – Afganistan. Im więcej czytałam o ISAF, tym bardziej byłam absolutnie zafascynowana krajem, ludźmi, wrzeniem świata w tym regionie. Wspaniałe, przepiękne miejsce z niezwykle różnorodną kulturą. Góry jakich nigdzie indziej na świecie. Inny wymiar czasu. Poraniony kraj i geostrategiczna pułapka. Chciałam zrozumieć ich wojnę z każdego możliwego punktu widzenia: afgańskiej aktywistki i małoletniej żony, radzieckiego żołnierza w latach 80 i naszych chłopaków w ISAF, handlarza filmami dla dorosłych z Kabulu i Taliba. „Modlitwa o deszcz” i „Parła nist”, „Afghan Star” i „Czarny Tulipan”, „9 Rota”, „Osama” i „Zero Dark Thirty”.   

„Cynkowi chłopcy” i „Parol Afgan”….

Dlaczego radzieckie doświadczenia były mi tak przedziwnie bliskie, dowiedziałam się dopiero lata później, dzięki Svietlanie Aleksijevich.

Ale póki co była Syria. Obejrzałam „Walc z Bashirem” i musiałam, po prostu musiałam poznać ten drugi punkt widzenia, nie izraelskich żołnierzy ale Palestyńczyków.

Znalazłam wolontariat – dwa miesiące w obozie dla uchodźców Yarmouk na obrzeżach Damaszku. Wspaniali, gościnni, rodzinni ludzie. Swojaki jakich mało. Niezwykłe miasto, zapach kawy z kardamonem i dymu papierosowego bo to jedno z miejsc na ziemi gdzie paliło się wszędzie, często, gęsto i z wielką lubością. Kobiet w hiżdżabach, nikabach i czadorach i kunsztownie urządzonych witryn sklepów z  seksowną bielizną i odzieżą „do domu” jakiej nie powstydziłby się najlepszy amsterdamski dom uciech. Na rok zanim wojna zniszczyła domy, marzenia i plany każdego człowieka jakiego mijaliśmy wtedy na ulicy. Suka-wojna (Kuzmenko), która pozabijała przyjaciół, w atakach chemicznych poparzyła i podusiła dzieci z którymi lepiliśmy ludziki z gliny. Która odcięła od świata w 2013 wszystkich którzy pozostali w Yarmouk (20,000 osób) i próbowała złamać, zagłodzić, zgładzić, zrównać z ziemią wszystko czego bombardowaniami zniszczyć się nie udało.

Przyjaciel walczący w Yarmouk Martyrs Brigades pisał na Messengerze:

“War is filthy whore. You can enjoy its presence but not for a long time. It will get nasty with all that wasted for no reason but greed and power. Too much has been lost, one can only survive with what has been left safe. My old man spent his entire life trying to build the home every family could wish for. But it is all gone with the wind now.

It’s been three months since I left the battlefield. And cleaned my mess in a way that can keep the safe, safe for sure!!! .I lived against all the Odds , for reasons I can’t find the cause of it , but the fact that this family of mine doesn’t deserve more tragedy forced into their lives, makes it more logical!

I’m alive …and yet it’s too heavy to even breathe.!I’m trying too hard to keep up with the day, and the lose is pushing me to the limits, where every thing seems dramatic, painful, extreme, worthless, and dead…. But again. I lived and I will continue… “What though the radiance which was once so bright, be now forever taken from my sight! Although nothing can bring back the hour of splendor of the grass, of glory in the flower .. We will grieve not, rather find strength in what remains behind…” . In few weeks-hopefully-I will be able to leave the country to the sea, and get to some place far, where I can build something that can last”.

Nie zdążył – miesiąc później zginął podczas tortur w rządowym więzieniu.

A potem Turcja. I w końcu Donbas…. o których będę musiała napisać kiedy indziej. W tym momencie pogubiłam słowa, wszystko we mnie zamilkło, nie mogę dalej. Nie w tej chwili.

To za dużo.

To zawsze, dla każdego, jest za dużo.

Dodaj komentarz