28 Dzień Wojny

28 dzień rosyjskiej inwazji na Ukrainę. 28 DZIEŃ WOJNY.

Od miesiąca nie mogę pisać, dławię się własnymi słowami. Dopiero kilka dni temu odzyskałam oddech i możliwość w miarę normalnego funkcjonowania w tej rzeczywistości odbitej w potłuczonym diabelskim zwierciadle. Dzisiaj po prostu spróbuję to wszystko jakoś ubrać w słowa…. nieporadnie, delikatnie, powoli, ostrożnie. Będzie osobiście. Będzie brzydko. Będzie nieelegancko. Prawdziwie będzie.

A może wcale nie powinno być? Może nie wolno. Moja wojna – i nie moja? Ale! MOJA. I moja odpowiedzialność. Wychodzę z założenia za Vandaną Shivą że żyjemy w świecie razem, że „interconnectedness of ALL life” to fakt a nie pobożne życzenie naćpanych ayahuaską proroków nju ejdżu.  So.

24 lutego mój mąż obudził mnie o 6:30 rano: „Zaczęło się. Jadę”. Pakował się, rozmawialiśmy do śniadania o wszystkim i o niczym, „dokumenty są tu, zadzwoń do pracy, samochodu ci widzisz nie naprawiłem, skurwysyn ten Putin”, „Kochany to długo nie potrwa”, „w razie czego pochowaj mnie tam i tam”. Tworzyliśmy zgrabną listę spraw do załatwienia na najbliższe kilka dni, budziliśmy dziewczynki, bajeczki, płateczki, warkocze Mam-Te-Moc, pogoń za Ksenią na hulajnodze do przedszkola.

Po powrocie zastałam już tylko ulubione acz niedojedzone ukraińskie śniadanie S.

I tak po prostu, 24 lutego rano mój mąż pojechał na wojnę.

Pierwsze dni w jakimś amoku, mnóstwo zadań, dom, dziecięca logistyka, gotowanie, pranie, sprzątnie w przerwach między jednym zadaniem służbowym a drugim. W telewizji i mediach koszmar który śledziłam pilnie, religijnie wręcz. W międzyczasie międzyczasu mnóstwo telefonów od przyjaciół z całego świata czy jakoś nam nie pomóc, sama więc i rzuciłam się w wir pomocy, zbiórek, wolontariacików, organizowania pomocy i mieszkań wszystkim krewnym i znajomym królika którzy tylko poprosili, ciężkie rozmowy ze studentami o tym co się dzieje i dlaczego….

I nieustanny dławiący lęk o naszych na Ukrainie, o wszystkich na Ukrainie bez co najmniej 20 lat przeszkolenia wojskowego i broni. Ale przecież zewnętrznie trzeba było się trzymać raźnie i dziarsko – DZIECI!!!! Szoł Mast Goł On. Ostrożnie trzeba, dyplomatycznie i konstruktywnie odpowiadać na „Gdzie jest tatuś?” trzeba. Rozmawiać mądrze z dziećmi o wojnie trzeba – sztuka, nieco błędów popełniłam w tym departamencie więc dzielę się dla mam i tatów.

Więc Życie, wycieczki i małe rodzinne projekciki, więc obfite przytulanie i zapewnianie że my dorośli mamy wszystko ogarnięte, więc dziewczyńskie wieczory krasy i relaksu, więc maminy dziarski uśmiech przeplatany płaczem z wyczerpania kiedy mało kto patrzył. Nie zawsze się udawało trzymać egzystencjalny fason. Ale robiłam co mogłam, całym sercem.

Więc – Życie. Ale i …. coraz więcej zbombardowanych domów, zrównanych z ziemią miast, pożogi, horroru, czyjejś sadystycznej radości z iluzji potęgi… co wcale nie niszczyło nijak ukraińskiego ducha, woli walki i poczucia humoru 😀

Zelenski z komika grającego prezydenta w świetnym serialu „Sługa Narodu” stał się prawdziwym mężem stanu który z klasą stanął na wysokości zadania – i są wszelkie szanse że kiedy to wszystko się skończy, przewietrzy stary zwyrodniały porządek polityczny jak niegdyś obiecał 😀

Ale i coraz więcej ludzi uciekających przed tym horrorem do nas – i aż serce rosło jak potrafiliśmy pomóc, na spontanie, bez wydziwiania, bo TAK TRZEBA. Bo wszyscy siedzimy w tym razem. Na dzielni nie było interesu, szkoły, sklepu który w jakiś sposób nie starał się pomóc.

I po gdzieś dwóch tygodniach tego szalonego maratonu danse macabre i vivre jednocześnie, nadszedł pewien czwartek gdzie się zwyczajnie i po ludzku wyczerpałam fizycznie i psychicznie. Nie byłam w stanie przyswoić ani jednej więcej informacji, ugotować ani jednego więcej obiadku, wymyśleć ani jednej innowacji do mojego Work Packageu w projekcie nt eliminacji systemowego rasizmu, poczuć ani jednego więcej uczucia, dooglądać tego nowego filmu o Kalinie Jędrusik, odebrać kolejnego telefonu „jak u niego, jak u was” albo z prośba o podpowiedź jak dojechać z Zaporoża do Berlina, wyjść, kupić jabłka…. nie, nie, nie, dosyć, dosyć, dosyć!!!! ERROR_BAD_ENVIRONMENT, ERROR_ARENA_TRASHED, MAYDAY KURWA, MAYDAY! Rzeczywistość rozsadził dysonans miedzy moim Lasem, słońcem, Życiem i zbombardowanymi szpitalami dziecięcymi i położniczymi w Mariupolu. Pod tym samym słońcem, na tej samej planecie, z pojebanymi potworami u sterów tego ruskiego wojennego korabla który obowiązkowo pójdzie na chuj.

Na kilka dni zminimalizowałam swoje istnienie do tego co absolutnie niezbędne: łatania dziur w duszy, dbania o dzieci i ich dobrostan, rozmów tylko z Najbliższymi, doraźnego leczenia tego co mi się w organizmie paskudnie zepsuło, ODMAWIANIU – z zawodowego performensu 200% zeszłam na 20. A powinnam na Zero Bezwzględne bo ewidentnie mój pasjonacki i straceńczy styl pracy jest absolutnie niezrównoważony (patrz nowy Matt i Greeg McKeown)! „Dzieci z Bullerbyn” i „Fuller House” zamiast wiadomości. Las, dużo dużo Lasu. I książki, książki, jak zawsze niezawodni przyjaciele i soul saviors.

I poczuwszy się lepiej stwierdziłam że hola hola… Przecież właśnie o to im chodzi!!! O zniszczenie naszego ducha przez połamanie nam serc. I stwierdziłam że takiego wała! Że wręcz przeciwnie, tym bardziej trzeba teraz Żyć, Być Tu, Kochać, Działać, Pracować, Dzielić się, Cieszyć każdym codziennym zwyczajnym cudem. Na pohybel im!!!!

Raz jeszcze:

„Nasz kruchy domek stoi na wulkanie, a ja i tak zawieszam świeże firanki w oknach. Piekę ciasteczka istotom śmiertelnym. I staram się nawet, żeby to były smaczne ciasteczka”.

(M.Musierowicz, „Imieniny”)

To co od nas zależy, będzie dobre.

DZIAŁAMY! ❤

Dodaj komentarz