Kintsugi

Sztuka kintsugi, nazywana również kintsukuroi, narodziła się w XVI wieku, gdy szogun Yoshimasa Ashikaga zbił swoją ulubioną czarkę do herbaty. Nie mogąc pogodzić się ze stratą, zlecił chińskim rzemieślnikom, aby naprawili naczynie. Czarka powróciła do Japonii w jednym kawałku, ale jej nowy wygląd rozczarował szoguna. Rozbite fragmenty zostały połączone przy pomocy metalowych zacisków, zupełnie niepasujących do kruchego przedmiotu. Uparty Yoshimasa udał się po pomoc do japońskich mistrzów ceramiki. Na jego prośbę rzemieślnicy udoskonalili technikę naprawiania naczyń, dając tym samym początek szlachetnej sztuce kintsugi.

Technika kintsukuroi polega na łączeniu odłamków ceramiki za pomocą laki (żywicy sumaka lakowego) i ozdabianiu pęknięć sproszkowanym złotem lub innym metalem szlachetnym. Zamiast tuszować niedoskonałości przedmiotu, mistrzowie kintsugi czynią z nich atut. Pokryte barwnikiem pęknięcia oplatają naczynie misterną siecią złotych żył. Zabliźnione złotem “rany” sprawiają, że uszkodzony przedmiot staje się jeszcze piękniejszy niż wtedy, gdy błyszczał nowością.

https://www.homebook.pl/artykuly/4160/kintsugi-na-czym-polega-japonska-sztuka-kintsukuroi

I moja ręka postanowiła się zrosnąć, co z tego że fantazyjnie. Kto powiedział ze wszyscy ludzie musza mieć prostą kość łokciową? Ważne że będzie działać – and yes for diversity!

Ta moja złamana ręka to w sumie piękna metafora – uczenia się Życia w Pełni z rzeczami które kaleczą, przeszkadzają, ograniczają, a których wyeliminować na stałe czy nawet tymczasowo się nie da.

Wojna, inflacja, lęk, poczucie bezwartościowości, realne czy wyobrażone ułomności własnej osoby, tragedie, wypadki, ból, strata, zdrada, krzywda, niesprawiedliwość, śmierć ukochanych, głos wrednego gremlina w twojej głowie który podpowiada że nie ważne jak bardzo nad sobą pracujesz, nie ważne ile osiągnąłeś, i tak wszyscy się dowiedzą jakim jesteś śmieciem.

Życie jest brutalne, nie oszukujmy się. Część z powyższego zdarzy się nam wszystkim. A na koniec umrzemy raczej dosyć boleśnie i tyle będzie wrażeń. Ale ten czas tu i wszystko co nas spotyka jest niewypodzianie piękne. Jak pisze Doyle:

“This is what people are like. We are all so fucked up and so magical. Life is so brutal and beautiful. Life is brutiful. For all of us. I remember now. If you want to get jaded and numb, watch the news. If you want to stay human, read letters. When trying to understand humanity, seek out firsthand accounts.”

Glennon Doyle, Untamed: Stop Pleasing, Start Living

Tak i ja w duchu brutiful, ostatni tydzień mimo bezużytecznej ozdobnie ręki, wykorzystałam arcyproduktywnie. Pracowałam i  medytowałam, sprzątałam i segregowałam, czytałam Biblię, autobiografię Jenny Jameson, „Kobietę na krańcu świata vol. 1” i Glennon Doyle, pisałam jak szalona, słuchałam wykładów z teorii strun (Michio rulez), zrobiłam kilkadziesiąt kilometrów porannych spacerków po lesie, zabierałam dziewczyny na twórcze wycieczki po Warszawie, do Łazienek i na festiwal Grzesiuka (choć mam nadzieję że nie pali im się do „Balu na Gnojnej” i „Wstawy u Bronki”), rysowałam, urządzałam epickie rodzinne wieczorki filmowe, uczyłam je piec ciasteczka tak żeby mogły i swoich nauczyć to robić bo u nas gender i feminizm rzondzom. Starałam się dociec o co w tym wszystkim kurwa chodzi i co tam mi hula po mojej pokręconej duszyczce.

Oswajałam demony. Kleiłam złotą laką swoje rany, na nowo zszywałam diamentową nicią blizny. Bolało, bardzo, tak samo jak dalej koszmarnie boli zrastająca się kość. Ale naprawdę było warto.

Te pęknięcia to mapa mojego życia. Hic sunt dracones…. Pamięć wszystkiego strasznego i kaleczącego co mnie spotkało i nie mniej tego co sama epicko spierdoliłam. A potem przepracowałam, kawałeczek po kawałeczku. To z nich bierze się siła. Radość.

I prawdziwa, magiczna moc.

May the Force be with You ❤

Dodaj komentarz