Lipiec

Przeżyłam 39 magicznych lipców.

Na uroczej dwumiesięcznej wilegiaturze na Ukrainie w 1999 roku u rodzinki która uprawiała swoje wszystko, wodę czerpała ze studni i pokazała mi czym jest prawdziwe Plemię i jak to jest Należeć. Powitali nas jak swoich, wchłonęli naturalnie w cykl codziennych prac przy polu, domu i obejściu oraz wieczornych posiedzeń staruszek, kobiet i dziewcząt przy obłędnie słodkim domowym winie i opowieściach ze świata tego, tamtego i wszystkich równoległych.

Zaraz po liceum podróżując autostopem, pociągami i rozwalającymi się pksami z ówczesnym fatygantem śladami naszego uwielbianego Rafała Wojaczka po Dolnym Ślunsku i okolicach, pisząc kiepskie wiersze, szykując wymyślne potrawy z zupek chińskich i sypiając w pustych acz upiornych akademikach. Pracując na Cyprze jako świeżo owdowiała kelnerka w rodzinnej restauracji country-western oraz barze hotelu dla nowobogackich żeby zarobić na przeprowadzkę i studia w Krakowie. Z Indianami Lakota w Standing Rock, gdzie również znalazłam kolejną zagubioną cześć swego Plemienia. W Damaszku z uchodźcami Palestyńskimi żyjąc ich wersją Historii i odnajdując kolejny świat i ludzi do których zawsze należał kawałeczek mojej duszy.

Na solowej i chyba najbardziej samotnej podróży badawczej przez amerykańskie instytucje wojskowe od US Army War College w Pensylwanii po Joint Special Forces University na Florydzie. Jako że wszechświat dba przeca o równowagę, z przerwą na życiowy road trip bordową Toyotą po Wielkich Równinach z przyjacielem, pół Lakotą pół Niemcem i ćwierć Szwedem, weteranem Wietnamu i kilku innych wojen. L. jak i ja uwielbiał podówczas papierosy, Busha Light i niekończące się opowieści, które razem z dymem nieustannie wypełniały naszego rzęcha. Twierdził iż znamy się z poprzednich wcieleń – walczyliśmy razem w niejednej kompanii braci. Nie mam powodu aby mu nie wierzyć. Na intensywnych kursach tureckiego. Z nowo narodzoną córeczką w Warszawie. Na tylnym siedzeniu motocykla w podróży przez wileńszczyznę. Służbowo w L.A. Na rodzinnym road tripie po Karpatach. Śpiewając do taniego rumu szanty w ośrodku „Borowinka” w Ustce. Jako perfekcyjna domowa bogini we Lwowie. Na włoskich peregrynacjach naszym busem który od bidy robił za camper.

Bez względu na destynację, zawsze coś bezpowrotnie zmieniało bieg mojego malutkiego życia.

Najwcześniejszy lipiec jaki pamiętam to sielski, gorący i miodny miesiąc w domku w Borach Tucholskich, wczesne lata 90. Jest w mojej rodzince odkąd upadł komunizm, a z nim letnisko Przedsiębiorstwa Budownictwa Rolniczego do którego niegdyś należał cały ośrodek z ceglanym domkiem, pomostem i zabójczo przystojnym ratownikiem Leszkiem o którym pamiętam tyle że zabierał nas na niezrównaną pomidorówkę do restauracji Perła po której został teraz już tylko szkielet tamtego świata.

Leszek każdego wieczora śpiewał przy gitarze, solennie podchmielony „Mmmmmrza szum, ptaków, śpieffff, mrska plaża pośroood rzew…..”. Kilka lat później poniechał królowania niewieścim sercom na turnusach z czym może mieć związek schyłek epoki, upadek prlowskiej turystyki zakładowej lub jego zamiłowanie do mocnych wrażeń i jeszcze mocniejszych trunków. Nigdy się nie dowiem.   

Co znamienne, na te wakacje dojeżdżaliśmy dziadzinym pomarańczowym Fiatem 126p z aprowizacją i bambetlami na miesiąc, plus mną, kuzynem, kuzynką bądź siostrami i Babunią która podówczas ważyła słuszną setkę w opcji minimum. Magicznie mieściło się wszystko razem z naszymi planami, marzeniami i pożądaniem oranżady, nowych wakacyjnych przyjaciół, leśnych wypraw, przygód jakie możliwe tylko dopóki mały człowiek nie zrozumie gdzie kończy się świat i smażonej malej rybki prosto z jeziora.

I tak trzydzieści lat z okładem, rok w rok przyjeżdżam tu w każde wakacje bez wyjątku. Wczesny kapitalizm moich lat dziecinnych dojrzał, pierwszy raz pocałował mnie nad tym jeziorem chłopak, z mody na zawsze wyszły getry z lycry oraz tapirowana grzywka, zmieniali się aktorzy spalonego teatru politycznego, skończył się ostatni sezon „Dr Quinn”, w niedalekiej wsi otworzyli dwa nowe sklepy, następnej miłości to ja złamałam serce w okolicach pomostu, naszą małą planetką wstrząsały kolejne kryzysy i wojny, wyprawiłam tu swoje 18 urodziny po których wspomnienia, plotki i zlecenia remontowe długo jeszcze hulały po powiecie lubichowskim, przyjechałam tu pierwszy raz z rocznym synkiem, który bał się nie tylko śniegu, ale jak się okazuje i wody. Tata zrobił generalny remont budyneczku, zaczęła się wojna w Syrii, skończył się na chwilę mój świat po to żeby nowy i jasny mógł powstać, zrobiłam doktorat, rozebrali pomost, urodziła się moja druga Córka, w Ocyplu otworzyli wspaniałą Izbę Regionalną z kronikami od 1939 roku, folklorystycznymi artefaktami i wypłowiałymi zdjęciami nie moich rodzin z Mojego miejsca, wyszłam za mąż i zrobiłam habilitację, cicho i boleśnie odeszli Dziadkowie. Odkryłam „Gypsy Sisters” i Elif Shafak, czasoprzestrzeń została zaburzona przez grawitację i ad 2022 jesteśmy we wszechświecie równoległym, chwilami niebezpiecznie przypominającym ten z „Melancholii” von Triera. Na planecie Piołun, w punkcie wejścia i wyjścia.

Ale dopóki jest domek, jest jezioro, epickie zachody słońca i sierpniowe deszcze meteorytów, uspokajam się że jest dla naszej szalonej cywilizacji jeszcze szansa.

Również i teraz kiedy Historia bezpardonowo wpieprzyła nam się do kuchni, łazienek i pod pierzyny a sielskie zdjęcia z tego Lipca jaki zapamiętają moje Dzieci….

…. mieszają się z tymi które czasem dostaję od Męża.

I innymi obrazami o jakich nie będę pisać bo telewizor, złamane serca i przerażone dusze mamy wszyscy bez względu na to czy jesteśmy tam czy tu, czy mamy na tej wojnie kogoś bliskiego czy nie.

Tym niemniej, ten epicki zachód słońca był tu przed nami i będzie po nas.

Jeziora i legendy o zatopionych dzwonach i kochankach z jeziora Świętego były tu przed nami i będą po nas. Był i będzie las. Ziarenka piasku. Łabędzie i coraz bardziej bezczelne dzikie kaczki. Niebo.

Życie i Światło jak zawsze wygrają.

Były tu przed nami, będą i po nas. 

Dodaj komentarz