Wróciłam z tęgiej międzynarodowej konferencji dotyczącej najnieznośniej palących problemów dręczących ludzkość w sferze S&D oraz zabaw z ciężką artylerią. Sympozjum odbywało się w jednym z najbardziej urokliwych i optymistycznych krajów świata, co tylko powiększało mój bolesny dysonans poznawczy i dziurę w kształcie Boga w kolczastym serduszku.
Wszystko co powierzchowne zostało powiedziane. Wszystko co roi nam się że wiemy zostało ogłoszone. Wszystko co naprawdę Ważne, jak zawsze pozostało poza karłowatymi słowami, nieporadnymi gestami, zabawnymi interakcyjnymi rytuałami na które składa się poprzebierany dla niepoznaki w gustowne garnitury i nobliwe garsoneczki Świat Autorytetów. Nie zrobiono nic.
Nie można było. To co Prawdziwe piszczy cichutko w naszych dziurawych duszyczkach które od zawsze Wiedzą. Jednak, szczególnie przy takich okazjach, niemożliwym jest osiągnięcie poziomu ciszy który pozwoliłby nam to usłyszeć.
Choć czasem rzeczywistość puszcza oko i jak tam pokazuje na przykład co powinniśmy zrobić z ciężkim sprzętem wojskowym w było nie było, XXI wieku.


Epicko zafajdane przez pawie militaria symbolem nowego paradygmatu globalnego pacyfizmu XD
Tym niemniej, ustaliliśmy z Francesco, jednym z najwybitniejszych na świecie specjalistów od rezyliencji, adaptacji i zrównoważonego rozwoju, że światowy pokój i dobrobyt długo jeszcze pozostaną utopią poza zasięgiem homo sapiens. Fran zna się na rzeczy, jest bowiem z gatunku który istnieje na ziemi od 320 milionów lat, pamięta erę dinozaurów, potrafi przetrwać promieniowanie radioaktywne 100 razy silniejsze niż człowiek, bez jedzenia wytrzymuje na luzaku ponad miesiąc, bez powietrza 40+ minut, a pozbawiony głowy wysoko funkcjonuje do tygodnia.
Francesco jest czterocentymetrowym karaluchem (Periplaneta americana), który łaskawie gościł mnie na swoim terytorium w hostelowym pokoju. Nasza kohabitacja oparta była na mojej rewerencji i fascynacji dokonaniami jego gatunku, oraz jego pobłażaniu dla mojej adaptacyjnej beznadziejności i kruchości. Oboje bowiem wiemy że wojny, klęski nieurodzaju, nuklearnej apokalipsy czy tygodnia bez podcastów Hubermana ja nie przeżyję, a on tak.
Dobrze czasem sobie uprzytomnić iż nasze poczucie gatunkowej supremacji to zwyczajna mrzonka i żałosna nagroda pocieszenia dla homo sapiens.
Również dlatego że w przeciwieństwie do nas, karaluchy mądrze organizują systemy społeczno-ekologiczne:
„(…) wydają się zdolne do kolektywnego podejmowania decyzji. Gdy wystarczająca liczba osobników wykorzystuje to samo źródło pożywienia, nowoprzybyłe karaluchy odbierają to jako sygnał, że powinny tam zostać dłużej, zamiast przenieść się gdzie indziej. W procesie decyzyjnym kierują się dwiema informacjami: jak ciemno jest w danym miejscu i ile już tam jest innych karaluchów”.
Mistrzowie przetrwania. Wszystkie sztuczki karaluchów.
Oraz, porozumiewają się za pomocą feromonów – a jednocześnie potrafią rozmnażać się bez samców. Znacznie upraszcza to zarówno ewolucję jak i proces komunikacji, w równym stopniu konfundujące w przypadku homo sapiens.
Speaking of which, Kot Schrödingera i tym razem został ocalony lub nie. Znany nam wszechświat nie rozpieprzył się na miliony iskrzących kawałeczków lub tak. Jest dokładnie tak jak w tych pięknych okolicznościach multiversu może i powinno być.
Jest nieźle. Jest po co.
Jesteśmy z karaluchem dobrej myśli.