Syndrom sztokholmski

Nareszcie Listopad! Mgła i lekki mrok pięknie wyciszają codzienny jazgot. Szeptem i krzykiem otrzymuję odpowiedzi na pytania które tłuką się w mojej głowie odkąd z zaskoczeniem odkryłam że istnieją różne odmiany ludzi, a ja akurat według tego Systema Naturae jestem Dziewczynkom. Kiedy okazało się że dla takich jak ja jest specjalna różowa klateczka i cała litania zasad, ograniczeń, zakazów, nakazów i drutów kolczastych wysadzanych małymi diamencikami aprobaty ludzi których kocham oraz tych którzy mają mnie w dupie. Czują się jednak zobligowani wypełniać swą społeczną powinność i aktywnie brać udział w jedynym słusznym sposobie hodowli kobiet.

Zaczęło się, jak zawsze, od niezrównanej Elif Shafak:

A potem ten szalony wszechświat któremu nareszcie dałam dojść do głosu podaje mi czerwoną szkatułkę a weń złoty klucz: Ministerstwo Drzemki i Tricia Hersey. Od pierwszych nutek podcastu o jej manifeście „Rest is Resistance” zastygam w osłupieniu i przez najbliższe półtora godziny składam się już tylko z duszy i uszu. Ta ciemnoskóra artystka, pastorka, aktywistka i wspaniała Kobieta z Atlanty mówi głośno o tym co pali mojego ducha, ciało i psychikę. Mówi o tym jak bardzo staramy się być częścią systemu który nas do cna nienawidzi.

https://www.youtube.com/watch?v=st9NQRhKUHs

„Jest gorzej niż gdybyśmy nigdy nie słyszeli o feminizmie. Jest gorzej. Bo nauczono nas, że feminizm to próba bycia najlepszym w tym koszmarnym systemie. „Po prostu skul się mocniej. Bądź lepsza. Bądź twardsza. Wyszarp zębami co twoje. Pracuj więcej. Schudnij kurwa. Posprzątaj. Uśmiechaj się kiedy cię biją. Tylko nie rozmaż sobie szminki kochanie bo cię żaden chłop nie zechce”.

Odpoczynek i dbanie o siebie jest trudne, bo jest przeciwieństwem tego, czego nas uczono. To nowy paradygmat. Idea perfekcjonizmu została nam narzucona od urodzenia. Z całych sił próbujesz być częścią systemu, który cię nienawidzi. Poddając się presji sama go budujesz go i sprawiasz, że jest dorodniejszy, bardziej realny, skuteczniejszy.

I politycy do nas: „Nienawidzimy was. Uchwalamy przeciwko wam ustawy. Nienawidzimy was.” A my odpowiadamy: „Co jeszcze możemy dla was zrobić?”

Czuję że moje ciało jest miejscem i narzędziem opresji, ale jest również źródłem wyzwolenia.  Współczesne systemy – grind culture, żarłoczny kapitalizm, biała supremacja, patriarchat zaczęły się od zewnętrznych narzędzi, bardzo intencjonalnych zewnętrznych narzędzi. My same je zinternalizowałyśmy. Same to sobie robimy. Wykonujemy za nich całą brudną robotę.  Zgadzając się na to wszystko stajemy się współtwórczyniami systemu który nas nienawidzi. Dajemy mu moc.”

Fragmenty rozmowy  zaadaptowane z podcastu Glennon i Amandy Doyle, Abby Wambach z Tricią Hersey „No More Grind: How to Finally Rest”  

Dlaczego tak bliskie jest mi doświadczenie Kobiety z którą pozornie – geograficznie, kulturowo, historycznie – nie mam nic wspólnego? Jestem z uprzywilejowanej razy białej a moi przodkowie nie umierali z wyczerpania na plantacjach. Przeżywali jednak swoje wojenne traumy, upokorzenie, gwałty i poniżenie, próbowano ich zezwierzęcić w obozach, a potem poddawano torturom, indoktrynacji i pozbawiano głosu przez dekady. Również wychowałam się z pokoleniową traumą i w poczuciu egzystencjalnej niesprawiedliwości która wrosła razem z drutem kolczastym w nasz genom. I we względnie wolnych czasach jako współczesna kobieta z bogatym bagażem doświadczeń, traum oraz dla większości pierwszego świata biały śmieć z akademickiego zadupia Europy, czuję to samo.

Dyskryminacja ze względu na rasę, klasę, pochodzenie, płeć, orientację seksualną – to wszystko elementy dzisiejszego społecznego krajobrazu na całym świecie pomalowane w niektórych krajach cieniutką warstwą politycznej poprawności. Tłuste słonie pod malutką różową kołderką które rozpieprzają w drobny mak całą porcelanę na składzie.

Złotym kluczem Trici otwieramy szklane drzwi. Syndrom sztokholmski wymaga zawsze współpracy ofiary. I tu na scenę wchodzi Aprobata, kolejne narzędzie którym trzyma się kobiety za mordę, szczególnie te które zaczynają wątpiąć w zasady patriarchatu i stają się niekooperatywne. Naturalną, ludzką rzeczą jest potrzeba przynależności do grupy – kiedyś stado bowiem chroniło nas przed byciem zjedzonym i zapewniało nam oraz naszym wychuchanym nośnikom genetycznym w formie potomstwa, przetrwanie. W dobie wolnego rynku, powszechnej ochrony zdrowia i patodeweloperki te bazowe potrzeby możemy zapewnić sobie i bez plemienia. Tym niemniej, człek istotą stadną jest. Kobieta również.

Więc staramy się z całych sił należeć do systemu którego reguły pasować mają wszystkim tylko nie nam. Przyjmujemy role które nam ta aprobatę i akceptację zapewnią. Cierpliwa matka pełna poświęcenia. Idealna pani domu. Ale też nadaktywna zawodowo, ambitna i wykształcona zapracowana pszczółka. Biurowe słoneczko które nosi do pracy świeżo upieczone ciasteczka dla współpracowników. Gorąca kochanka w fikuśnym gorseciku. Kochająca żona. Zadbana Kobieta promieniująca ciepłem, urokiem i ponadczasowym pięknem.

I to wszystko kurwa stopione w jednym dziele, z finezją i wyczuciem dozowane odpowiednio do okoliczności, okazji i pory dnia.

Przesadzam? Proponuję eksperyment. REGULARNIE zawalajcie coś z powyższej listy. Powiedzcie nie. Powiedzcie co naprawdę czujecie. Idźcie do pracy bez makijażu. Każcie się wszystkim tym rolom walić na cały weekend i zróbcie coś czego wiecie że potrzebujecie. W ciszy, samotności, dystansie do kobiety którą codziennie stajecie na żądanie ludu. Nie zanurzając się w kąpieli z pianką przy waniliowej świeczce „Rozkosz Wyczerpanej Matki” za pięć dych i różowym winkiem które za kilka lat zniszczy wam mózg i rozjebie wątrobę. Nie po to byście pachnące i seksy mogły dalej z pieśnią na ustach odpracowywać społeczną pańszczyznę. Zróbcie coś TYLKO DLA SIEBIE. I koniecznie zreferujcie rezultaty tego działania głośno i dobitnie mamie, teściom, partnerowi, dzieciom, sąsiadom, psiapsiółom i kto tylko nie ucieknie na wasz widok. Pochwalcie się na fejsie że regularnie dbacie o swoje zdrowie psychiczne kosztem innych: zawalonej prezentacji, wypucowanego kibla, trzydaniowego niedzielnego obiadku i pozowania godzinami w stroju niegrzecznej pokojóweczki żeby wysłać swemu paszy kilka pikantnych foteczek. Dajcie znać jaki był feedback. Ja dostaję w takich momentach natchnienia społeczne zjebki za bycie feljtuchem, czarownicą, latawicą czy niszczycielką wszechświatów. Polecam w takim momencie jako antidotum Celeste Barber:

https://www.instagram.com/p/CVkcvI-P03_/?hl=en

Powoli zbliżamy się do końca naszej dzisiejszej mistycznej wycieczki. Za szklanymi drzwiami Aprobaty bowiem…. ogród „miłości”. Bo kobiety to jednak cwane stworzenia i sporo z powyższych gierek przejrzały. Znaczną część przestaje już to patriarchalne gówno nie tylko jeść ale i nawet kupować. Nie chcą już się bawić z psycholami w kulturowy syndrom sztokholmski. Stanowią one poważne zagrożenie dla systemu, nasza kultura więc wymyśliła ostateczny młot na takie czarownice.

Miłość romantyczna, najlepiej z udziałem Chopa. Związek, najlepiej małżeński. Nachalnie wpychana nam wszelkimi możliwymi otworami przez soszjal media, romkomy, reklamy, kolorowe pisemka, rodzinę która z współczującym wytrzeszczem dopytuje kiedy sobie nareszcie „ułożysz życie”. Usłyszałam ostatnio od znajomej – mądrej, wspaniałej Kobiety, genialnej mamy uwielbiającej ekstremalne sporty: „No ta Wojciechowska to jednak nie może sobie życia ułożyć, patrz jak ją ten Kossakowski wystawił”. Tak, nawet my, kobiety światłe, wykształcone, silne, umiejące nie tylko zarobić na siebie i rodzinę, zbudować dom, naprawić silnik, przepchać pieprzony zlew, pilotować samolot jednocześnie wychowując samotnie czwórkę dzieci, mamy wytuatuowaną na serduszku niekompletność bez „miłości”. Bratniej duszyczki. Drugiej połówki jabłuszka. Chyba raczej jabolka, cholera jasna. Jest to przypadłość niezależna od IQ, wyglądu, wieku czy profesji. Profesorki, kierowniczki budów, lekarki, striptizerki, domowe boginie, tłumaczki, kasjerki i dyrektorki po równo padają ofiarami tych ponurych żniw.

Emocjonalna kontrola nad Kobietami to bowiem ostatni bastion patriarchalnej dominacji. Naturalne pragnienie miłości i połączenia z drugim człowiekiem jest wykorzystywane jako narzędzie manipulacji zarówno ze strony kultury, społeczeństwa jak i pojedynczych pofajdańców którzy nie mają Kobiecie niczego do zaoferowania, ale trzymają ją „uczuciem” jak żywego motyla na szpilce. Dotknęło to wielu bliskich mi Kobiet, dotknęło onegdaj mnie i dosłownie ch** mnie strzela że dajemy się ogrywać i okradać z mocy, czasu i szacunku jak dzieci z cukierków.

Wolne, mądre, myślące i niezależne kobiety które kochają całym sercem – ale z wyboru i nie na komendę, są bowiem bardzo niebezpieczne. Pod względem społecznym, reprodukcyjnym, emocjonalnym i żadnym innym nie da się nimi manipulować. Nie da się ich uciszyć.

Nie zrozumcie mnie źle, uważam, wierzę i czuję że Miłość jest esencją, sensem i kluczem do wszystkich tajemnic Życia. „Niech spłonie bazar mojego ciała jeśli nie sprzedają na nim klejnotu miłości” czy jak to tam u Rumiego było. Miłość to moje Światło Przewodnie.

Miłość. Nie kulturowy syndrom sztokholmski.

Dodaj komentarz