Experyment

W zamierzchłej młodości chmurnej i durnej, moje życie przypominało jakiś totalnie popieprzony, sadystyczny eksperyment szalonego naukowca którego wywalili z DARPY za chlanie w godzinach służbowych. Takie prywatne MK ULTRA dla ubogich. Neuroantropologiczna przygoda po taniości. Next-Generation Nonsurgical Neurotechnology w wersji DIY. Revolutionizing Prosthetics za pomocą ulubionych protez Wieniczki Jerofiejewa.

Wszystko w ramach absolutnie legalnych a nawet pochwalanych przez państwo i społeczeństwo działań, substancji i paradygmatów.

W tym eksperymencie byłam wszystkim.

Byłam suką Pawłowa i samym Pawłowem, ze stoickim spojrzeniem i bujną brodą która tak bardzo pragnie natchnionego barbera.

Byłam bezimiennym człowiekiem w klatce poddawanym psychotronicznym, fizycznym, medycznym, empatycznym, chemicznym i biologicznym eksperymentom. Jak pisała Zabużko:

(…) na początku nowego tysiąclecia przyszło mi przeżyć tę samą „solidarność ze wszystkim, co żyje” (trafniejszego określenia w naszej kulturze to uczucie niestety nie ma!) w formie jednorazowego już szoku, kiedy upubliczniono historię produkcji broni biologicznej w ZSRR w latach 70. i 80. Najsilniej wstrząsnęły mną obrazy z martwego laboratorium na należącej obecnie do Kazachstanu Wyspie Odrodzenia (tak!) na Morzu Aralskim. To nie była przerażająca scena ze „Szczęśliwego człowieka” Lindsaya Andersona, rzeczywistość okazała się bardziej banalna: piętrowy ceglany barak, ściany, jak w dowolnej radzieckiej instytucji państwowej, pomalowane do połowy farbą olejną, szereg brudnych pustych klatek różnych rozmiarów, od ptasich do małpich, a wśród nich jedna o niejasnym przeznaczeniu – w sam raz na wzrost człowieka.

Po tych kadrach przez kilka dni czułam fizyczne nudności na samą myśl, że ja też jestem człowiekiem. Cios był tym silniejszy, że terytorialnie wyrosłam w tym samym kraju – chodziłam do szkoły, studiowałam, podróżowałam, śpiewałam w chórze, pisałam wiersze – a kilka tysięcy kilometrów dalej na wschód w tej klatce ktoś cały czas siedział (spośród skazanych na śmierć? o tym, że takich skazańców tak naprawdę wysyła się „do kopalni uranu”, w późnym ZSRR mówiono prawie otwarcie). W pewnym sensie robiło to ze mnie wspólniczkę – i niczym pleśnią, niewidocznym, jadowitym pyłem kłamstwa powlekało wszystko, czym się zajmowałam: w „zbiorowym rozumie” ludzkości istniała już wówczas inna prawda, do której należałoby przymierzać szkoły i uniwersytety, i tę „ostatnią” prawdę o człowieku znał ten, kto siedział w klatce – po tej samej stronie co świnki morskie i rezusy. Może gdyby ta prawda nie została pochowana razem z nim (czy – z nimi? ilu ich siedziało w tej klatce, jak często ich wymieniano?…), to w maju 1986 r. w takim samym położeniu nie znalazłyby się już miliony nas, tych, którzy dumnie przyznawali sobie określenie Homo sapiens, a kogo trafniej byłoby nazwać – za Arystotelesem – „bezpiórymi dwunogami”?…

Oksana Zabużko, „Planeta Piołun”

Byłam Oksaną która wymiotuje tą pleśnią.

Byłam klatką. Byłam wstydem. Byłam ZSRR.

Byłam i chłodnym, obiektywnym naukowcem w starannie wyprasowanym kitlu z chronicznym zatwardzeniem i pedantycznie przylizanym tupecikiem. Ciekawskim obserwatorem który puszcza 220 wolt i patrzy co się stanie. Traktuje obiekt badań nr 44 kwasem i patrzy jak ten zareaguje. Który wbija, wykręca, podaje, dozuje, poddusza, kłuje, kaleczy i zapisuje skrupulatnie skoki ciśnienia, fale mózgowe alfa beta i gamma, puls, tętno i poziom kortyzolu. Notuje pilnie wszystkie wyniki obserwacji. I nigdy, przenigdy nie otwiera klatki. Dla dobra nauki. Dla dobra ludzkości. Bo takie kurioza jak ja nie mają prawa istnieć poza tą klatką gdzie paradoksalnie zarówno Obiekt jak i bardzo niezadowolony z Obiektu świat są bezpieczni.

Obiekt wyje jak zwierzątko ale przeca trzeba trzymać się procedury korelacyjnej! Dawaj Obiekcik 44, wytrzymasz. Notuj! Liczba zmiennych niezależnych, skala pomiarowa zmiennej zależnej, skala pomiarowa zmiennej niezależnej, hipoteza badawcza związku między zmiennymi, wielkość próby (za gruba!). Pożryj Obiekcik jeszcze więcej substancji x. Podejmij jeszcze jedną gównianą decyzję. Pomyśl jakim jesteś śmieciem. Nie jedz kolejny dzień. Trwaj kolejną godzinę w związku który cię niszczy. Weryfikuj.

Laboratorium było tajne, dźwiękoszczelne i ukryte przed światem. Czasem nawet ja nie byłam w stanie tam trafić mimo że mieściło się w mojej głowie, sercu, duszy i przeklętym podówczas ciele. Potrafiłam to namalować, nie potrafiłam zrozumieć.

Okazało się że świat jest przerażony, zniesmaczony i traktuje Cię jak odpad radioaktywny kiedy wywlekasz swój ból i lęk na wierzch. Więc po odpowiedniej tresurze, nic nie mogło wydostać się na powierzchnię, nic nie mogło być widać. Trzeba było bez względu na to co się dzieje Żyć, Osiągać, Aspirować, Dbać, Kochać, Sprzątać, Wyjeżdżać, Wracać, Pomagać, Zarabiać, Myśleć, Zachwycać. Się.

W końcu i Fridusia była wspaniałą gospodynią domową. Podobno i Jeffrey Dahmer dobrze gotował, już nie pomnę jego talentu do robótek ręcznych. No i wszyscy najwspanialsi, najmądrzejsi i najlepsi ludzie jakich znam przeszli zwycięsko przez horror fundowany im hojnie przez świat, choć de facto najbardziej ich samych. W tresowaniu siebie prądem byłam świetna, po jakimś czasie na powierzchni widać było jedynie lekkie zarysowania. A w środku dalej minimum czwarty krąg piekła Dantego.

Tylko doznawana przeze mnie jakość mojego wewnętrznego świata była zawsze jakaś taka przerażająco obca, nieludzka…. Postludzka. Obokludzka. Pełna krzyku. Coś w moim software i hardware było kurwa grubo nie tak. Coś z tymi paradygmatami i hipotezami było nie si.

I tak sobie trwałam w koszmarze fundowanym mi przez moją głowę i serce mając lat 16, 18 czy 20, kiedy każdy ruch kaleczy, więc człowiek stara się nie ruszać. A najlepiej kurczyć się coraz bardziej fizycznie i psychicznie, bo przecież dziewczynki muszą być malutkie, cichutkie i słodkie. A ja miałam kawał zada i świetne cycki, uwielbiałam ostre pogo i wiersze Wojaczka, byłam królową dramatu, czarnego cienia do powiek i najgłupszych pomysłów na świecie. Namiętnie paliłam, piłam i jadłam bez umiaru, pisałam, czytałam, malowałam, krzyczałam kiedy coś mi się nie podobało, darłam mordę wniebogłosy kiedy ktoś zadawał mi ból. Koło mnie było zawsze gorąco i za głośno, bardzo żenująco i za jaskrawo. Płaciłam koszmarne marże jebanemu egzystencjalnemu providentowi. Tak samo wszyscy którzy mnie kochali i byli blisko.

Ale w końcu fałszywy paradygmat pęka. Dla mnie tym momentem były dwie kreski na ciążowym teście. Kiedy człowiek staje się odpowiedzialny za drugie życie, osobną bezbronną Istotę Ludzką, zbiera dupę w troki jak umie najlepiej i na wizytę studyjną w internalnym inferno czas jest już tylko bardzo rzadko. Kiedy wszyscy śpią, kuchnia jest wysprzątana na błysk, śniadanka popakowane, do roboty wszystko zrobione, ne ne ne. Wtedy siada się w opuszczonym dawno laboratorium i metodycznie analizuje wyniki badań sprzed dekad tak aby dzieci nie musiały przerabiać tej samej chujni.

I w pewnym momencie kiedy jest się już bardzo zmęczonym i wściekłym, roznieca się pożar w laboratorium i zamyka je na zawsze nie zważając na tęskny pisk płonących żywcem myszek, tysiąca analiz i wspomnień. Trzask szkła, smród topiącego się linoleum. Ulga. Mamy to, mamy to! Nareszcie obaliliśmy hipotezę. Paradygmat był fałszywy. Ach, więc to tak….

Radość, Światło i Życie okazały się o wiele lepsze dla cery niż ciągłe włączanie prądu w klatce i eksperymenty z egzystencjalnym kwasem siarkowym. Who knew? 🙂 Nie żeby zaraz tęcze, jednorożce, nie żeby nie było już smutku, lęku, shit shows, bólu i totalnych fakapów. A skąd! Ot Życie właśnie w całej swojej brutalnej krasie.

Udało się. A raczej codziennie się udaje bo człowieki takie jak my muszą same ciężko pracować nad lepszymi wyborami. Zamiast tandetnego, spleśniałego mroku i krzyku – mozolnie wybiera się Światło, zrozumienie, miłość, troskę i szacunek do siebie i innych. I wyostrza się zmysły na Codzienne, Zwyczajne Cuda. Kiedy się je aktywnie tworzy jak ich zabraknie (nawet jeśli przypomina to czasem witchcraft „Czarodziejek z Obudna” 😉

Obiecałam sobie będąc w ciąży z pierwszym Synem że podaruję mu wszystkie możliwe narzędzia do pięknego życia, wolność od koszmarów które pożerały mnie (bo przeca będzie miał swoje demoniki, musi być na nie miejsce 😉 i prawdziwy Dom. Moje Córki będą miały na tyle rozumu, poczucia wartości i tego co Dobre – oraz tupetu żeby kazać iść się społeczeństwu jebać ze swoimi klateczkami przewidzianymi dla dziewczynek. Żeby znalazły swoją Drogę.

Bo widzicie mili państwo, nigdy nie byłam szalona ani chora. Byłam pieprzonym feniksem który koniecznie chciał zmieścić się w wygodnych dla społeczeństwa standardach przewidzianych dla kuropatw.

I wiem że nie ja jedna.

Już czas Dziewuchy. Nie ważne czy dla Was Droga prowadzi przez kiełki, jogę i ritrit z ajahłasko, leki, terapię czy różaniec. Każdemu według potrzeb. Ale jedno jest nam wspólne: czas się nareszcie zdekolonizować!

Dodaj komentarz