Moja Mama twierdzi słusznie że jestem naiwna jak pijane dziecko we mgle. Racja, uważam że każdy nowo poznany człowiek jest wspaniały, wyjątkowy, ma tylko najlepsze intencje i że jak w Casablance, Lułi, dis is a begining ow e łondeful frendszip. Wierzę i ufam dopóki mnie nie przekona dobitnie że jedyne co powinno między nami być to pancerna szyba 😉
Lecz nie o tym dzisiejsza relacyjka z mojego małego pokręconego wszechświatka. Dzisiaj moi Kochani, mój pierwszy Poradnik. Jak każdy Polek i Polka bowiem znam się na absolutnie wszystkim, od sposobu zażegnania światowego kryzysu ekonomicznego po jedyną skuteczną metodę na nagniotki (czymkolwiek one są).
Krótki i jedyny słuszny poradnik dla zapalonych podróżniczek które z kociewskiego końca świata chcą się dostać do Wawy z dzieciątkiem a fura zezłomowana
(bo nawet najbardziej niefrasobliwy diagnosta polecał przed oddaniem mego peżocika na części egzorcyzmy minimum trzech religii).
1. Ładujemy nieśmiertelny wojskowy plecak wszystkim co nie ucieka włączając w to dmuchane kółko dziecięce, laptopa, 5 książek pierwszej potrzeby (Harari, Marnell, Shukri, Musierowicz, Ferris), furę ciuchów z których przez tydzień nosiło się dwa, świeżo zrobiony własnoręcznie litr dżemu z leśnych jagódek, 0,5 l bimbru od zaprzyjaźnionego rolnika, zestaw plastikowych warzyw i lisa który znowu próbował podkraść laczki, pożreć psu karmę i nawalić do miski (true strory). Odziewamy dres Barbie (ostatni jakże udany harvest w Pepco), doprawiamy jeziorną opaleniznę samoopalaczem, stawiamy rzęsy na sztorc (kamuflaż podróżny) i walimy z buta na koniec wsi pozdrawiając po drodze wylewnie mieszkańców. Szczególnie zaś stała ekipę lokalnych filozofów spod monopolowego, do których od zawsze mam słabość. O każdej porze dnia i tygodnia gotowi są bowiem dyskutować na wszelkie pasjonujące i mnie tematy – polityka, tajemnica wszechświata, wieczność, sens egzystencji, Bóg, kto z kim wyszedł z ostatniego festynu gminnego i kto za to oberwał w mordę.

2. Staramy się by Dziecina nie przygarnęła po drodze wszystkich lokalnych kotów i nie chciała zostać adoptowana przez ostatniego we wsi posiadacza krowy i starego Ursusa. Łapiemy rozklekotanego busa do Starogardu. Staramy się nie usiąść w białym dresie na siedzenie oblane kawa jak ostatnio. +50 do atrakcyjności skoro mi współpodróżni przesyłali takie przeciągłe, namiętne spojrzenia. Brutalna prawda wyszła na jaw dopiero w domu ![]()

3. W Starogardzie łapiemy autobus lokalny skrzyżowany z karawaną. Kolejny żelazny punkt programu to flirt z kierowcą w późnym wieku emerytalnym. On obiecuje ze zabierze was gdzie chcecie, do nieba i nawet. Wy ripostujecie równie romantycznie że w takim towarzystwie to i Tczew wystarczy. Reflektujecie się po kilku kilometrach że ta propozycja rychłego nieba to niekoniecznie mogła być metafora.
4. Uuuf, Tczew, przeżyłyśmy, ale kierowca ma szlaban na „Fast and Furious”. Szybkie zakupy w Galerii Kociewskiej (buty, tańcząca i świecąca ośmiorniczka, lampa) i sentymentalna podróż do przedwojennego miasta rodzinnego.





Tata odprowadza nas na dworzec oraz obdarowuje 15 kilogramami lokalnych ogórków, pomidorów, czereśni, chleba i jajek (bo to jedzenie w Warszawie powinno być karalne!!!).
5. Pendolino do Wawy. Kawka, racuszki, oranżada Bolek i Lolek, messengerowe ploteczki, dziecina zawierająca szemrane znajomosci które jednak będą mogły się przydać gdybym chciała zejść na ścieżkę mafijną, Uberek i 7 godzin od wyjścia stajemu u wrót Domu.

6. Home sweet ho…. O k****…. Luby pierworodny zajmował się domem i obejściem przez ostatni tydzień (kot żyje, co do reszty fauny i flory nie wiem bo ciężko się przedrzeć przez ten megaburdel), reagujemy więc jak każda kochająca i stęskniona Matka.

Cztery godziny używania wszystkich supermocy Domowej Bogini później, nareszcie siadamy na spracowanym zadeczku, klniemy siarczyście i oddajemy się błogości domowego zacisza. Mmmmm…. Hrrrrrrrrrrrrrap.
Można? No ba! Bon voyage![]()
![]()