Uwielbiam swój kuchenny uniwersytet. Inspo, wykłady, podcasty, filmy, streamingi nadrabiam z lubością podczas szorowania garów, siekania cebulki na mielone, wywabiania plam z błota z dziecięcych sukienek, zamiatania, odgruzowywania salonu, układania niekończących się hałd prania i całej krzątozy która zajmuje mi pi razy sanki trzy godziny dziennie. W innym wypadku jedyne co bym oglądała to ulubione produkcje Dziewczyn na naszych filmowych maratonikach. Disney, Pixar, w porywach Family Man.
W zeszłym tygodniu podczas rychtowania kolacji, algorytm jutjuba stwierdził że przyda mi się nieco podrasować poraneczki. Z fascynacją posłuchałam o tym jak wczesne wstawanie połączone z protokołem porannej gimnastyki, refleksji, pisania i samokształcenia może wzmóc produktywność, atrakcyjność, samoocenę, życiową krzepę i ogólnie uczynić mnie młodą boginią w pracy, salonie, kuchni, sypialni i piwnicy.
Zaszłam więc wieczorem na stronę Hala Elroda – ach, przepadam za takimi wizjonerami.
Hi, my name is Hal Elrod. I’m a father and a husband. My mission in life is to Elevate the Consciousness of Humanity, One Person and One Morning at a Time. While that begins at home with my family, it has grown into a worldwide movement through my book – The Miracle Morning – which has been translated into 37 languages, sold over 3 million copies, and is practiced daily by people in 100+ countries.
(https://miraclemorning.com/)
Następnego dnia podczas składania trzeciego tego dnia prania, pomocny algorytm podrzucił mi kontynuację – the 5 a.m. club.
Eureka! Wstając o 5 rano, stosując protokół Miracle Morning a potem intensywnie pracując nad moim najważniejszym projektem (obecnie książka o embodimencie w peacekeepingu), do czasu obudzenia Dziewczynek byłabym Kobieto Produktywno. Każdy kto ma dziatwę w wieku szkolnym wie jak poranki potrafią wypruć człowieka z energii, sił twórczych i doprowadzić do załamania nerwowego. Goooooood Morning Vieeeetnam! Albo jak to jeszcze trafniej ujął porucznik Kilgore w Czasie Apokalipsy:
To coś dla mnie, pomyślałam z wielką ekscytacją. Skoro miliarderzy podnoszą sobie tym stukrotnie produktywność, mogę i ja. Jako kobitka skromna zadowolę się odrobiną ciszy żeby popchnąć działania twórcze do przodu. Kocham pisać, uwielbiam tworzyć, let’s get this show on the road babe! Pominęłam jeden drobny detal – moją lubość do spania ile wlezie a weekendy do 11 minimum. Ale co tam fakty, co tam 40 lat bez jednego poranka kiedy z własnej, nieprzymuszonej woli wstałam wcześniej niż o 7 wyjąwszy poranne loty, niemowlęta żądne karmienia i noce które z różnych przyczyn przeciągały się do rana. Logiczne wnioskowanie to nie u mnie. Ja nie dam rady? Aaaale tam!
Tego samego wieczoru zapakowałam się do łóżka o 21 – musze spać minimum osiem godzin żeby nie zmienić się następnego dnia w mordercę z piłą łańcuchową. Pech chciał że „W rajskiej dolinie wśród zielska” Hugo-Badera, wciągnęło mnie doszczętnie na kilka godzin. Ze snu wyrwał mnie budzik nastawiony na 4:55 który półprzytomna znieważyłam. I nagle nastała 7:30, dziewczynki na nogach i wiadomo, mój Miracle Morning umarł w kozaczkach z kucykami Pony.
Następnego dnia obudziłam się o tej 5. Rozpierała mnie duma, szybko sięgnęłam po zieloną herbatkę (kawa w ciągu godziny po obudzeniu za bardzo chrzani poziomy adenozyny, Huberman <3). Po dokonaniu porannych ablucji i afirmacji, śniadanku, gapieniu się tępo w szafę w poszukiwaniu stylówki która podkreśliłaby moje nowe produktywne ja, karmieniu kota, układaniu zalegających wokół mojego roboczego stołu zabawek, lompów, pustych opakowań po Oreo, wyczyszczeniu kuchenki i zrobieniu makijażu, znowu była 7. Well. Ale przynajmniej wstałam, ha!
Chciałabym napisać że następne poranki zwieńczone były sukcesem, kiedy jak pełen dyscypliny młody hart wyskakiwałam z łóżka z pieśnią na ustach o 4:55, z wigorem uprawiałam ćwiczenia ciała i ducha i nareszcie Pisałam . Nie. Festiwal prokrastynacji trwał w najlepsze. Na przeszkodzie stanął również weekend i bardzo długi wieczór dyskusji z przyjacielem w potrzebie. Ale po dwóch tygodniach optymizmu bez względu na fakty (moja specjalność) i wytrwałości, mogę stwierdzić że coś jest w tych dwóch pierwszych godzinach zanim świat ruszy z kopyta i zaleje nas mailami, wymaganiami, dramą, żądaniami i briefingami. Jest jakaś szczególna, spokojna przestrzeń w której faktycznie moce twórcze wzrastają. Akapicik po akapiciku książka mozolnie posuwa się do przodu. Padam na dziób o 17. Jeszcze nikogo nie zamordowałam z niedospania Husqwarną. Ten pościk pisałam w niedzielę od 5:42. Same sukcesy!
Atomic habits my Girl, atomic habits 😉