Nomadland

Wróciłyśmy do kolejnego Domu. Dwa gromkie remonty – starego i nowego mieszkania – wykonałam własnymi sprawnymi rączkami (nie dziwię się że malarze, tynkarze i hydraulicy tyle klną, kiedy znowu krzywo przymontowałam syfon w kuchni i zalałam niebożątko sąsiadkę, na usteczka cisnęły mi się takie wiąchy że najbardziej wytrawny kibol spłonąłby rumieńcem niczym dziewica).

Dom nasz, już siódmy, znowu tymczasowy, jak zawsze wynajęty – moje dzieci wychowałam w szalonych akademikach i przyjaznych stancjach, w tanich internatach i uroczych wynajmach drogich jak oczy szatana, w pięciu miastach i czterech krajach. Dom jest tam gdzie nasz zadek, Dom tam gdzie jesteśmy My. Więc jak u Barańczaka:

„Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inna ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat (…)”

Ale czy cokolwiek w naszym malutkim, kruchym, ziemskim żyćku nie jest wypożyczone, tymczasowe, doraźne? Nie ważne jak kurczowo trzymamy w wątłych rączkach ukochane buty i Miłość, wciskamy do skarpety piniążki i galaktyki, gromadzimy książki i duperele z porcelany, przywiązujemy się, piszemy dla wnuków pamiętniki i pieczołowicie wyklejamy albumy, tatuujemy na sercach i duszach miejsca, prace, ludzi, cele, codzienne, zwyczajne Cuda. Ach, jakże wielkie jest zawsze nasze zdziwienie że mija nieco czasu i kwiaty więdną, chomiki umierają, cielesny kostium niszczy się i marszczy, dzieci dorastają, ukochani odchodzą. Nostalgicznie wzdychamy „czas niszczy wszystko”…. A Czas ma nas głęboko w dupie, on Jest, mijamy my i nasz żałosny komiwojażerski dobytek. W kontekście lokalowym to Auden:

„Lodowiec napiera na kredens,
Przez łóżko pustynny dmie wiatr,
Rysa na dnie filiżanki
To ścieżka na tamten świat.”

Tym niemniej, nigdy nie zniechęciła mnie rzeźnicko okrutna przemijalność Wszystkiego, inherentna tymczasowość Rzeczy, uczyć, szczęścia, ludzi, mieszkań. Jestem niepoprawną Polyanną, jeśli życie znowu nasra mi pod drzwi, to ucieszę się że konik był i na tym nawozie wyhoduję róże. Jestem z plemienia absolutnie naiwnie i uparcie osiadających nomadów, niestrudzenie zdobię namioty mebelkami, książkami, pamiątkami, ołtarzykami zmarłych, obrazkami malowanymi przez Dzieci. Przywiązuję się emocjonalnie do dębów za oknem i do pań ze sklepu naprzeciwko, kocham do utraty tchu, codziennie gotuję, podlewam kwiatki, prasuję dziecięce ubranka, karmię koty i pilnuję żeby nie pożarły chomika. Dzielnie i pilnie oswajam ten dany mi na chwilę kawałek Wszechświata.

Kiedy nadejdzie czas, popłaczę, skleję połamane serce, pożegnam, przysiądę ukraińskim zwyczajem na drogę, psy będą ujadać ale karawana ruszy dalej.

Dodaj komentarz