Czasem mój umysł przypomina szemrany striptiz-bar w Zona Norte w Tijuanie: bez obstawy i znajomości lepiej nie wchodzić bo w najlepszym wypadku stracimy portfel i nerkę.
Szczególnie kiedy tak jak teraz, jestem wyczerpana i z konieczności funkcjonuję na najwyższych obrotach, niestety w trybie zombie. I to tylko dzięki zjednoczonym siłom jogi, kofeiny i buddyjskiego podejścia zaczerpniętego z „Mindfulness & Meditation”, którą kupiłam kilka lat temu za zyla w lumpeksie, a znalazłam tydzień temu nieco zalaną bliżej nieokreślonymi płynami za lodówką.




Dobrze że opaczność chociaż tak mnie wsparła, inaczej byłaby ze mnie wysoko funkcjonująca biomasa. Honey, welcome to the wonderful world of burnout that you cannot have. Jak prawi Matt, faza Grindhouse.
Jest hardkorek – w okresach kiedy wkłada się całe serce w pracę, rodzinę, związek i wszystko równocześnie. I akurat teraz nie może być inaczej! Ze wspaniałymi Kobietami z Irlandii i USA odpaliłyśmy nareszcie program Gender, Peace and Sustainable Security; przetłumaczyłam wolontariacko wspaniałą książkę WiNC i będziemy pomagać Polkom, Polakom i Polniebinarnym w Realnym Dialogu; ruszamy ze wspaniałym projektem dotyczącym równości rasowej w szkolnictwie wyższym…. Kiedy o tym piszę serce mi rośnie, ino za zmęczona jestem żeby się tym wszystkim cieszyć.
Ale przede wszystkim chcę oprócz ratowania mikroskopijnego kawałeczka świata, tworzyć prawdziwy Dom w którym pachnie świeżo upieczonym chlebem i w którym dla każdego jest Miejsce, Czas i nieograniczone pokłady miłości, troski i zainteresowania. Gdzie każdy jest Ważny. Nie porzucę ani nie zrobię przerwy w niczym w co się z własnej woli, z wiarą i misją zaangażowałam. Ale przede wszystkim nie odbiorę czasu, energii, spacerów po lesie i moich popisowych niedzielnych naleśniczków z kolorową posypką swoim dzieciom.
Udaje się. Ale nie za darmo. Trochę przez to nawala moje BMI które z przeciążenia niebezpiecznie zbliża się do Gandhiego. Ociupinkę na tym cierpi moja uroda – brwi mam jak Breżniew, cerę jak Lenin i wąsa jak Stalin. Nieco traci mój ogólny image bo po ostatnim szale minimalistycznych porządków zostały mi trzy zestawy do pracy w których wyglądam jak Oliver Twist. Szwankuje solidnie mój dobór intelektualnych treści, gdzie mój przeciążony umysł do wieczornego gotowania lubuje się nowymi odcinkami „Pełnej Chaty” i niuansami profesji dziarskich dzierlatek z Atlanty w „Beyond the Pole” zamiast inspirującymi wykładami Michio Kaku i co wyborniejszymi TED talkami.
No cóż. Taki sezon. Nie ma co załamywać chudych rączek, również dlatego że dziecka paczom i się uczom. Trzeba zrobić kilka solidnych wdechów z Wimem Hofem, opchać nieco szokolady, wziąć dupę w troki, zakasać rękawy i w jak najbardziej twórczy i konstruktywny sposób, wykorzystać ten zombiasty kawałek Drogi. Nie tylko można. Trzeba!
Frida Kahlo też zaczynała z totalnego doła. Bądź jak Frida ❤ 😊