Pierwszy tydzień adwentu rozpoczęłam na wesoło i z marketingowym przytupem. Siedzimy sobie bowiem z rodzinką przy rodzinnej kolacyjce (moje tradycyjne pierożki ruskie z Lidla, które pieczołowicie rozpakowałam i odsmażyłam) a tu z obornika wyjeżdża świąteczny pociąg Tyskiego witany z wielkim entuzjazmem przez spragnionych mieszkańców polskich wsi, miast i miasteczek. Cóż. Amerykanie mają świąteczny konwój z coca-colą a my pociąg z browarem XD
Co kraj to obyczaj. I tak, proponuję:
- Ukraina: noworoczna marszrutka z samogonem
- Finlandia: zaprzęg joulupukki z likierem Valhalla
- Rosja: świąteczne wagony towarowe z Putinką
- Kolumbia: ciężarówki z zapakowanymi koką pudłami bananów na Noche de las Velitas
- Meksyk: gwiazdkowe low-ridery z tequilą
- Mongolia: zastęp konny z kumysem
- Jamajka: drużyna bobslejowa z rumem i marychą….
- ….. (wasze typy 😉 )
Eeech. Moje wykształcenie kulturoznawcze nie poszło na marne.
A drugi tydzień adwenciku …. Cóż. Czasem czuje się człowiek jak ten pajączek z dziecięcej piosenki.
Pajączek, pajączek, pajączek, bez nóżek i bez rąąąączek. Przybity jest do deeeeski za pomocą pinezki.
Nie wiem dlaczego takie makabryczne rymy człowiek pamięta po prawie trzech dekadach, zwalmy to na siermiężne ale za to pełne fantazji dzieciństwo w PRL. Wychowani na „Żwirku i Muchomorku” oraz „Wilku i zającu” wiedza o czym mówię. Jeśli ulubiony bohater świetlanych dni twojego dzieciństwa pali jak komin, nie stroni od kielicha i ogólnie wygląda jak marynarz-erotoman na przepustce, to raczej Bill Gates z Ciebie nie wyrośnie. On zaczynał od Disneya a my….
Podejrzanie dużo myśli o Annie z „Znieważonej ziemi”, która na swoim weselu też śpiewała „Milion pąsowych róż” podczas gdy jej świeżo poślubiony małżonek gasił płonący reaktor.
Zrobiło się w mojej duszyczce lekko mrocznie, z deczka się rozpadam, ale to pewnie przez wyczerpanie. Emocjonalny, logistyczny, domowy, zawodowy overstretch, burnout, post-apo. Dałam się złapać w swoją własną pułapkę „samosiowania”. Nic to, przecież mogę więcej, bo przecież jeszcze jeden mały projekcik się zmieści, przecież entuzjazmu i pracowitości mamy za trzech, przecież wszystko ogarnę. Ja nie dam rady? Nic że pracujemy od tygodnia z domu, bo dzieciątka w izolacji lub na kwarantannie i równolegle z pełnym etatem zawodowym i drugim nie mniej pełnym domowej bogini która pierze, sprząta, zdobi, gotuje, czyści, myje, odkurza, krząta, prząta, ogarniamy trzeci: homeschooling, troubleshooting, psychologiczne zarządzanie kryzysowe, negocjacje z terrorystami, naukę kolęd, zajęcia plastyczne, jogę i tańce. I to jest priorytet.
Ze wszystkim innym jestem jak akrobatka bez siatki bezpieczeństwa, „circus girl without a safety net” jak to pięknie ujęła Tori Amos w „Mother”. Przecież wystarczy przebierać w kółeczku łapkami szybciej i mocniej i damy radę.
Nie zawsze.
Jak to trafnie określił najwspanialszy Robin Williams, doing everything “is like jerking off and juggling at the same time. Too many balls in the air, if you catch my drift.”
A może to kwestia złej organizacji? Czytam przecież „5 a.m. Club” i różne oświecone celebrytki które wstają jak dalajlama o 3 nad ranem aby medytować, brać lodowate prysznice, trenować jogę, pisać dziennik i kończyć siódmą w ciągu pięciu lat bestsellerową książkę po lekturze której czuję się jak totalna porażka. One podobno witają domowników o 7 wspaniałym zdrowym śniadaniem i różowym całuskiem ,bo wiedzą że zrobiły już dla siebie w te 4 godziny wszystko co trzeba i dalej mogą na luzaku poświęcać się innym. A ja sama jestem sobie winna bo nie tylko o 3 rano, ale i o 6 bezczelnie i z lubością śpię i obudzenie mnie o tej porze grozi śmiercią bądź trwałym kalectwem.
Ale cholera, nawet jeśli oswoiłabym swojego wewnętrznego porannego Teda Bundyego, to o 11 rano byłabym po 8 godzinach solidnej aktywności i musiałabym iść spać…. Coś mi to wszystko nie gra i za bardzo mi przypomina tą boską scenę z „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”.
– Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem. Śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.– No, ubierasz się pan.– W płaszcz – jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?– Fakt!– Do PKS mam pięć kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.– I zdążasz pan?– Nie, ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. (…)
No trudno. Pieprzyć wstawanie o 3.
Ale nic to. Chociaż fizis nieco mi podupadła i musi się solidnie wyspać, tak obiecałam sobie że duch nie upadnie mi nigdy. Bo to byłby koniec wszystkiego i trzeba by sobie strzelić w łeb. A to bardzo nieestetyczne i stanowi bardzo zły przykład dla dzieci. W poszukiwaniu pociechy i sensu, zasięgnęłam porady jutjuba. I doznałam absolutnej łaski i oświecenia: ojciec Mike Schmitz.
Mmmmmmm….
O ile zaniedbałam nieco słowo Boże przez ostatnie 25 lat, obejrzywszy kilka jego orędzi stwierdziłam że nie mam nic przeciwko dołączeniu do jego internetowej owczarni. I fakt że nawet w sutannie zapiętej jest przystojny i seksy jak ci półnadzy australijscy strażacy z pieskami z dobroczynnego kalendarza stanowi jedynie jakieś 93 % mojego nagłego zamiłowania do katolicyzmu 😉
Ale i ma chłopina rację – adwent należy przeżywać tak dobrze, pięknie i konstruktywnie jakbyśmy mieli nie dożyć Gwiazdki. Kontrowersyjna propozycja? Nie dla kogoś z hashtagiem killme now.
Nic to. Sunsum corda. Będzie dobrze, bo komu jak nie nam. Idę ubierać z dziewczynami choinkę. A życie się dostosuje. Jak mawia Dolly, “The way I see it, if you want the rainbow, you gotta put up with the rain!”.
Byle do Gwiazdki 😊