COVID

Dzień 0

Ósmy dzień ogólnorodzinnej kwarantanny – Kubonek złapał covid gdzieś w szkole albo na lansie z ziomkami. Poiłam, karmiłam i dyskutowałam z biedakiem na izolacji żeby w swoim pokoiku nie zwariował, w końcu jestem szczepiona. Głównie to mu przeszkadzałam w budowaniu kolejnego imperium. Obudziłam się w nocy z koszmarnym bólem zatok, zimno mi jakbym występowała w konkursie miss bikini w Workucie i nie mogę nijak wrócić do snu. Dziwię się wielce bo ostatni raz tak mi łeb pękał po sylwestrze na Taize w Budapeszcie (2000? 2001?) a nie przypominam sobie żebym w ciągu ostatnich czterech lat gdzieś na miasto na tęgi bauns wychodziła. Ot zagadka.

Dzień 1

Nie mogę wyleźć z łóżka. Ale muszę bo mamy spotkanie w sprawie projektu dotyczącego równości rasowej – zwlekam i maluję zwłoki. Ogarniam śniadanie i homeschooling dla dziewczyn. Uruchamiam całą swoją kreatywność i rezerwuary logicznego myślenia dostępne mi przy 38 stopniach gorączki, dreszczach, zawrotach głowy i po udanym występie wylogowuję się ze spotkania. Konsorcjum zadowolone. Próbuję przez dwie godziny dodzwonić się do przychodni, i kiedy za czterdziestym razem słyszę że jestem 12, 15 albo 19 w kolejce, pasuję. Na zajęciach oglądamy ze studentami pod dyskusję dokumenty o kobietach i dzieciach w ISIS. Podobno dzięki konieczności finansowania części działań z nielegalnego handlu organami, mają tam świetną opiekę zdrowotną. Perspektywa zostania Jihadi Jane jawi się w kontekście dostępności służby zdrowia niespodziewanie kusząca.

Potem już po prostu śpię. Udaje mi się schwytać jakiegoś niczego niepodejrzewającego lekarza na opiece świątecznej po 18. Piłuję go w sprawie mojego statusu bo muszę dać znać w pracy i jakoś ułożyć dalsze dni. „Ale się z panią trudno dogadać”…. Żebyś pan wiedział co ja musiałam przez nasz luby NFZ rozważać! Jadę na testy późnym wieczorem, nie mam nawet siły oglądać po raz setny „Wspaniałego stulecia” do wieczornego sprzątania po kolacji. Dobrze że dziewczynki trzymają się zdrowo i pozytywnie. Na koniec dnia „wisienka na torcie” jak mawia Ksenia. Wchodzę do ich pokoju, Ksenia czai się pod stołem a Helena zawiaduje sklepem z kanapkami z klocków. „Co robicie?”. „Ja jestem biznes łoman a Ksenia bezdomnym który chce mi ukraść portfel”. Płacze ze śmiechu i wdzięczności. O stygmatyzowaniu osób wykluczonych gadkę zrobimy później.

Próbuję cos czytać („Bękart ze Stambułu” Shafak, genialna!), ale zarówno składanie jak i rozumienie zdań złożonych wykracza poza moje kognitywne umiejętności. Call sign: Gumiś.

Dzień 2

Spałyśmy 14 godzin. Dalej mi łeb pęka ale wstaję, biorę prysznic, ogarniam domowe zadanka i dwa pranka. Sprawdzam wyniki – pozytywne. Mimo szczepienia Johnsonem jakieś cztery tygodnie temu. No cóż, widać to delta lub omikron czyli w czymś przynajmniej idę z trendami bo większość mojej szafy pamięta wczesne lata studiów. I to niekoniecznie moich. Załatwiam formalności w pracy bo pierwszy raz w życiu nie nadaję się za bardzo nawet do pisania maili. Z innych objawów: jestem marudna, wredna i nadspodziewanie ciągnie mnie do nowej „Dynastii”. Koszmarny ten COVID. 

Dzień 3

Mam gorączkę, szatański ból głowy i do tego kaszlę jak górnik kopcący dwie paczki Giewontów bez filtra dziennie. Kuba się na szczęście wylizał, Helenka niestety zaczyna wyglądać jak ja i ma wynik pozytywny. Pół dnia nie mogę wyleźć z łóżka oprócz koniecznego utrzymania domku, mój mózg nie przyjmuje literatury wyższej klasy niż „Dziewczyny z Dubaju”. Koszmarnie napisanie, ale z sentymentu dla filmu brnę przez tą łamaną polszczyznę. Przerzucamy się z Kubą na „Grę o tron” bo jesteśmy chyba jedynymi ludźmi na planecie którzy tego nie widzieli. Po trzeciej obrazowej deembolizacji i dekapitacji oraz jednych wyprutych flakach (pierwsze pół godziny odcinka) jakoś nam się polepsza humor. Jakże ten serial poszerza horyzonty…. Nie wpadłabym że można tyle dewiacyjnych wątków upchać w 50 minut tak żeby widzowie nie strzelili sobie w łeb. To pewnie przez ciepłe relacje rodzinne Starków i smocze jaja Daenerys. Chociaż podejrzewam że najpóźniej za trzy odcinki ktoś ich wszystkich zje.  

Wieczorem oglądamy jak co roku „W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju”. Od 1989 naprawdę nie zrobili nic lepszego w departamencie komedii świątecznych. Normalnie już w zeszłym tygodniu zagniatałybyśmy ciasto na pierniczki, za dwa dni kręciły kutię, wywalały połowę tego co posiadamy w ramach szału świątecznych porządków ale niestety, coś czuję że marzenia v. rzeczywistość tych przygotowań do świąt będą raczej jak u Celeste Barber XD 

Na dobranoc sms od mamy: „Będzie dobrze Kamcia, dziadkowie musieli Sybir przeżyć i dali radę”. No ba.

Dzień 4

Nie mogę spać. Obmyślam świat jak u Szymborskiej, idiotom na śmiech, melancholikom na płacz, łysym na grzebień, psom na buty. Straciłam smak i węch. Czarna rozpacz bowiem opychanie się wszystkim co nie ucieka było moją jedyną pociechą podczas tych ponurych zdrowotnych żniw.  A dzięki maratonowi „Gry o Tron” wiem że nie muszę się wcale ograniczać do tego co nie ucieka. Taka strata….

Dzień 5

Znowu nie mogę wyleźć z łóżka, pełna powtórka z Dnia 1. Wszystko smakuje jak kompot ze szmaty. Fuck. I tak, oglądaliśmy z Kubą „Bad Santa 2”. Tyle póki co z ducha Świąt. W domu zarażeni są już wszyscy, SANEPID ocenia że będziemy w kwarantannie gdzieś do 2047 roku. Moje przesłanie dla Fatum na ten moment:

Heeh.

Ale ja i tak wiem że niedługo wszystko będzie dobrze 🙂

Dodaj komentarz